Ian Christe – „Ryk bestii. Dekady metalu” (2021) – wydanie uzupełnione

W dziejach naszej cywilizacji nietrudno znaleźć projekty, które choć z gruntu niemożliwe do realizacji, nosiły znamiona romantycznego, budzącego podziw porywu. Oświeceniowa idea stworzenia encyklopedii była chociażby taką piękną mrzonką. Podobnie sprawa się ma ze spisaniem historii metalu. Nie da się tego zrobić idealnie, ba, może nie da się tego po prostu zrobić dobrze. Ian Christe, amerykański publicysta, dziennikarz muzyczny, prezenter radiowy i muzyk, podjął jednak podobną próbę. Z metalową motyką na słońce? Trochę tak. Czy autor wyszedł obronną ręką z karkołomnego zadania? Tu głosy mogą być podzielone. Dyplomatycznie napiszę, że Ryk Bestii. Dekady metalu jest właśnie romantyczną próbą realizacji niemożliwego, ale i potrzebnego zadania. Choćby dla wzniecania dyskusji wśród fanów i budującej polemiki.

Ta głośna pozycja to nie encyklopedia i nie leksykon. Jasne, daty i nazwy migają przed oczami, ale w nurcie pewnej opowieści, która się rozwija. Christe zapragnął pisać o metalu, jako o przeobrażającym się nieustannie monstrum. Autor zrealizował koncepcję w formie tematycznych rozdziałów poświęconych danym odnogom gatunku, przy jednoczesnym zachowaniu porządku przyczynowo-skutkowego.

Tak, metal w tym ujęciu to bestia o różnych twarzach. Wyrastające z coraz większego cielska głowy spoglądają w różne strony, czasem kłócąc się lub twórczo dyskutując; plują ogniem w kierunku kościołów, mizdrzą się wdzięcznie dla poklasku masowej publiki, chowają łeb do podziemia, przysypiają na jakiś czas, zjadają się nawzajem… I taka forma narracji podoba mi się – historia metalu to nie prosta ewolucja, to nie gwałtowna rewolucja, lecz szalony, nieco przypadkowy, nie zawsze możliwy do ogarnięcia proces. Nie jest to oczywiście odkrywcze ujęcie, ale taki sposób opowiadania pozwala trzymać uwagę czytelnika. Coś się w tym czarno-magicznym wywarze miesza przez cały czas, coś powstaje, coś zamiera. Style na siebie oddziałują, przy niebanalnym wpływie mediów (by wspomnieć magazyn Kerrang czy Headbanngers Ball na MTV). Metal to proces. Można się pokłócić z autorem o granice stylów wewnątrz gatunku, o punkty zwrotne, najważniejsze dokonania, ale nikt tego nie broni. Ryk Bestii to nie jest prawda objawiona.

Przy tej formie narracji nie może obyć się bez strat. Oczywiście, że Christe od czasu do czasu zbyt wiele uwagi poświęca konkretnemu zespołowi, marginalizując inny. Po co pisać o noise’owej scenie japońskiej czy rapie w USA, jeśli prawie nic nie mówi się o wielu ważnych zespołach i nurtach? Trudno mi na przykład zgodzić się z listą 10 istotnych dla death metalu płyt, gdy widzę na niej tylko jeden szwedzki album i parę może i dobrych, ale niepotrzebnych w tym zestawieniu pozycji. Ale Amerykanin może tak spoglądać na bieg spraw? Może, choć nie powinien. Czy da się stworzyć takie zestawienia bez subiektywnych odczuć? Pewnie nie. Włosów nie rwę jednak z głowy (metafora to taka, bo nie posiadam). W końcu ktoś przedstawił swoją autorską wizję procesu i miał pewne prawo do skrótów i własnych dygresji.

Kiedy Christe pisze z dziennikarską precyzją, bez zbędnej emfazy, wypada lepiej. Czasem jego styl przybiera jednak znamiona natchnionego kazania. Niestety tak się sprawy mają z otwierającym rozdziałem o Black Sabbath. Kogoś może ten wstęp odstraszyć. Tak, to najważniejsza kapela dla metalu, ale po co tak wzniośle? Zdarzają się jednak autorowi bardzo celne, docierające do sedna danego fenomenu opisy. Weźmy za przykład takie ujęcie debiutanckiego albumu Emperora: „Ozdobiony surowymi zdjęciami dzikich krajobrazów Norwegii In the Nightside Eclipse był brudną, destrukcyjną muzyką, mającą w sobie jednak element intrygującego piękna. Chociaż wciąż byli nastolatkami, członkowie zespołu doskonale rozumieli siłę tkwiącą w zestawieniu ze sobą pozornie przeciwstawnych elementów, łącząc złowrogie i wrażliwe strony albumu w lirycznej sieci pełnej nawiązań do kultu księżyca, leśnych fantazji i samotność ciemnej gwiazdy”. To zgrabne akurat. Czasem jednak Christe gubi się w natłoku metafor i porównań, od których skrzy się kilkaset stron tekstu, nietrudno też o przesadę lub pewne niedociągnięcia, ale jak pisałem – gdzie drwa rąbią…

Dla kogo zatem ta książka? Po pierwsze, dla zagorzałych metalheads, którzy będą mogli pokłócić się z autorem. Może pójść miejscami na noże. Znacie dwóch fanów gatunku, zawsze zgadzających się ze sobą? Ja nie. I nie trzeba, a nawet nie powinno się zgadzać z Ianem Christe. Lektura Ryku Bestii dla wielu metalowych erudytów może być formą zmierzenia się z własnymi wyobrażeniami. To też dobre ćwiczenia dla pamięci i umiejętności prowadzenia sporów.

Po drugie zaś, rośnie pokolenie, które nie pamięta zupełnie czasów świetności stylu. Dla nich to pewna archeologia, grzebanie w stercie płyt rodziców, szukanie po omacku w Internecie. A niechże sobie młodzi zaczną od takiego punktu wyjścia, ale najlepiej jednak z asystą jakiegoś wujka, czasem już i dziadka, starego metala po prostu, który skoryguje nieścisłości, uzupełni braki. Tylko czy metalowa młodzież będzie chciał sięgnąć po opasłe tomiszcze?

Ale część, a może większość z Was już o tym wie, bo czytała wcześniejsze – nie tak dawne wydanie książki. W końcu to pozycja wznowiona. Co dostajemy A.D, 2021? Czy warto pokusić się o kolejny zakup? Zależy.

Rozdział, w którym Ian Christe uaktualnia stan rzeczy jest oczywistym dodatkiem, ale pisanym bez polotu, jakby na siłę. No co coś tam się wydarzyło, to trzeba przedstawić z kronikarskiego obowiązku. Dużo cenniejsze wydaje się zatem poszerzenie nowego polskiego wydania o wypowiedzi znanych wszystkim person. Piotr „Peter” Wiwczarek, Jarek Szubrycht, Kamil Staniszek, Maciej Krzywiński, Piotr Dorosiński, Maciej Kamuda, Łukasz Orbitowski i Michał Zdancewicz prezentują swoje własne przemyślenia o „dekadach metalu”, wskazując na najważniejsze dla gatunku płyty, ale też refleksje bardziej ogólne, okraszone garścią wspomnień. I w tych zestawieniach znalazło się miejsce na oczywiste, pomnikowe płyty i rzeczy trochę zaskakujące, choć tych drugich jednak mniej. Jeśli mam być szczery, to zaznajamiałem się z większym zainteresowaniem z tą częścią niż z samym dziełem Iana.

Czytać Ryk Bestii? Można. Kupować? To już kwestia Waszych przemyśleń nad stanem portfela. Jak pisałem, kto o metalu wie dużo, czasem z autorem będzie się spierać, raz zgodzi się i przyklaśnie, raz szydząc lub negując. Nie wiem do końca, czy to dobrze, czy źle. Nie noszę w sobie jednak potrzeby, by ktoś dostosowywał się do mych wizji. Ian Christe ma swoją. To też jakaś wartość. Zwłaszcza, że lektura zmusiła mnie to odświeżenia pamięci, sięgnięcia po kilka płyt, choćby po to, by sprawdzić, czy po drodze mi z opinią autora. Czasem pojawiały się nazwy zespołów, które nie mówiły mi wiele, albo dla zgłębienia dyskografii których brakło niegdyś czasu, a teraz mogłem choć częściowo te braki nadrobić.

Ryk bestii. Dekady metalu to propozycja ważna, z licznymi mankamentami, których nie dało się uniknąć. Nie umniejsza to jednak roli dzieła. Na uwagę zasługuje oprawa graficzna Maćka Kamudy. To też estetyka, która nie musi 100% odbiorców przypaść do gustu, ale jest bliska pewnej konwencji obranej przez samego Christe. Tu zatem plus.

 

Wydawnictwo Vesper/In Rock na Facebooku.

(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , .