Zmierzch lat 90. W tle nocna audycja dla metali – to chyba było Radio Kraków – w której lecą nowości. Prowadzący prezentuje najświeższe kawałki Lux Occulty. Robi się mroczno i klimatycznie, a ja jestem wpiekłowzięty. Następnego dnia, zaciekawiony swoim odkryciem, biegnę do znajdującego się tuż obok mojego ogólniaka sklepu muzycznego. Zjawiam się tam z nadzieją, że ulubiony sprzedawca o ksywie Grecki (po latach dowiedziałem się, że po godzinach bywał m.in. menadżerem kultowego, blackmetalowego Taranis) – będzie miał kasetę bohaterów nocnego objawienia. Kasetę, bo na CD raczej mnie nie stać.
Tak właśnie wyglądało moje pierwsze spotkanie z Jarosławem Szubrychtem.
Zaczynam nietypowo, wspominkowo, bo wypuszczona niedawno w świat przez Wydawnictwo Czarne Skóra i ćwieki na wieki. Moja historia metalu, najnowsza książka znanego dziennikarza muzycznego, również ma charakter nostalgicznej podróży. Nostalgicznej, lecz bynajmniej nie łzawej ani opartej na boomerskim zawołaniu: „kiedyś to były czasy, dziś już czasów nie ma!”. Maniera borowego dziada, który baja, jak to drzewiej bywało, głównie narzekając, że „to sem ne vrati”, mogłaby być męcząca. Opisane doświadczenie jest zgoła bogatsze, gdyż autor w trakcie swojej muzycznej przygody zdążył zakochać się w metalu, nieco nim znudzić, wypłynąć na oceany całkiem odmiennych dźwięków i powrócić do muzycznej macierzy, co nauczyło go nieortodoksyjnego podejścia. Dystans oraz lekkość stylu dziennikarza sprawiają, że czyta się tę pozycję po prostu dobrze. Książka może zatem spodobać się nawet tym, dla których headbanging nie jest ulubionym sportem.
Nie zmienia to jednak faktu, że mamy do czynienia z pocztówką ze schyłku PRL-u i początków lat 90., włożoną gdzieś pomiędzy ziny, płyty i magnetofonowe kasety. Dzieciństwo i młodość Szubrychta, przypadające na najbardziej ekscytującą dla metalu epokę, zaowocowało ciekawymi spostrzeżeniami i wspominkami. „Obyś żył w ciekawych czasach” – autor żył, a to chińskie przekleństwo zmieniło się w coś pozytywnego i obdarzyło nas interesującą gawędą o ludziach, czynach, a także blaskach i cieniach bycia metalem. Każdy rozdział, kryjący się pod enigmatycznym, metaforycznym tytułem, porusza jakiś konkretny wątek, w którym osobiste wspomnienia mieszają się z próbą syntetycznego ujęcia ówczesnych zjawisk muzycznych. Tape trading, używki, koncerty, krojenie koszulek, satanizm, ziny, eksplozja nowych metalowych konwencji… Wiele wydarzyło się w przeciągu tych dwóch dekad. Kolejnym rozdziałom towarzyszy też adekwatny do tematyki tytuł metalowego kawałka. Kalejdoskop się kręci, być może dla kogoś za szybko, ale książka ta nie ma ambicji wyczerpującego ujęcia wszystkich fenomenów tamtych lat. Niektórzy już na tym polegli.
Pomimo licznych ciekawostek historycznych, publikacja Szubrychta ma charakter przede wszystkim osobisty, by odwołać się do podtytułu – Moja historia metalu. Podobnie jak u Marcela Prousta codzienne bodźce prowadzą autora Skóry i ćwieków do reliktów utraconego czasu. W opowieściach, które niosą czytelnika od pierwszego kontaktu z TSA po lata wydawania własnego zina i artystyczną działalność z Lux Occultą, odbija się wprawdzie historia metalu, jednak jest to przedstawienie mocno refleksyjne i swoiste, czasem nieostre. Ale taki był zamysł.
Swoboda ujęcia tematu w Skórze i ćwiekach… wydaje się oczyszczająca, stojąc w opozycji do przeróżnych monografii. Pewnie nie wszystkim taka forma musi przypaść do gustu. Z pewnością odbiega ona od standardów, które królowały na rynku muzycznych książek. Ktoś może stwierdzić, że właściwie to nikomu niepotrzebne, bo nasłuchał się takich historii bez liku. Inni oczekują być może ostrzejszych sądów, przewrotów w sposobie myślenia o pewnych zjawiskach czy wyjątkowo pieprznych anegdot. Cóż, fajerwerków tu brak, ale to nie wada.
Dla starszych książka Szubrychta będzie konfrontacją z własnymi wspomnieniami. Niektórzy pamiętają tamten okres całkiem inaczej, nie zgodzą się z pewnymi spostrzeżeniami, będą polemizować – i dobrze! Młodsi odczytają być może Skórę i ćwieki… jako pamiętnik z epoki, albo i coś na pozór muzycznego urban fantasy, nie do końca dając temu wiarę. W dobie szerokiego dostępu do informacji pewnie nie wszystko ich zaskoczy, ale sądzę, że niejednokrotnie się zdziwią. Mnie najbardziej podobały się wątki autobiograficzne: pocięte dżinsy, oglądanie się na ulicy za t-shirtami kapel, korespondencja ze znajdującym się za kratami fanem gatunku, szkolny wychowawca czytający z pewnym przerażaniem zina swojego ucznia, wyprawa na Dzień Metalowca… Oto właśnie prawdziwa historia metalu, która rozgrywa się nie tylko na wielkich festiwalach i w blasku flaszy, ale też i w bardziej prozaicznych sytuacjach.
Wydawnictwo Czarne celuje w interesujących i niebanalnych książkach faktograficznych, także tych muzycznych. Skóra i ćwieki na wieki. Moja historia metalu dołącza do bogatego katalogu, w którym można przebierać jak w ulęgałkach. Równocześnie cieszyłbym się, gdyby takich pozycji powstawało więcej. Mam nadzieję, że Jarosław Szubrycht zachęci innych uczestników społeczności do wypełnienia tej luki wydawniczej. Nie każdy posiadł arkana dziennikarskiego rzemiosła, ale wiele ikon sceny ma do opowiedzenia fascynujące historie. Przede wszystkim te kryjące się w zwykłych M3 , zapyziałych klubach, niepozornych domach kultury, zamkniętych już sklepach z kasetami, garażach i piwnicach. Pora je opowiedzieć. Metal rzadko nurza się w blichtrze. Jest nasz, oswojony, bliski.
Wydawnictwo Czarne na Facebooku
- Infernal Codex – „Fog of Forgotten Souls” (2026) - 13 lutego 2026
- StygmatH – „Burning Memories” (2026) - 13 lutego 2026
- Czarny Bez – „W blasku księżyca” (2025) - 15 stycznia 2026
Tagi: 2022, biografie muzyczne, black metal, death metal, doom metal, dziennikarz muzyczny, Hard Rock, Heavy Metal, historia metalu, Jarek Szubrycht, książki, Legendy Metalu, Lux Occulta, metal, metal w Polsce, recenzja, review, rock, Skóra i ćwieki na wieki, thrash metal, wspomnienia.






