Site icon KVLT

ARCKANUM – „Beswærilsin” (2026)

Dziewięć lat ciszy. Przerwy, która z każdym kolejnym rokiem zaczynała przypominać nie tyle artystyczny oddech, ile zawieszenie w próżni, w której czas przestaje mieć znaczenie. I kiedy wreszcie pojawia się nowa płyta Arckanum, zadaję sobie pytanie, które towarzyszy mi od Fran Marder: czy Shamaatae nadal potrafi przywołać ten pierwotny, surowy żywioł, który w połowie lat 90. brzmiał jak zaklęcie rzucane prosto z lasu?

Odpowiedź jest zaskakująco prosta – tak. Ale to „tak” nie jest powrotem w nostalgiczne ramiona przeszłości. To „tak” brzmi świeżo, klarownie, bardziej profesjonalnie, jakby Shamaatae wreszcie zdecydował się odkurzyć narzędzia, którymi od lat rzeźbi swój hermetyczny świat. A jednocześnie jest to wciąż Arckanum z 1995 roku. Ten sam duch, ta sama dzikość, ten sam pogański puls, który nie potrzebuje współczesnych ozdobników, żeby działać.

Beswærilsin, to album, który nie próbuje udawać, że jest czymś innym niż powinien. Nie szuka nowych dróg, nie sili się na eksperymenty. Zamiast tego wraca do fundamentów, i robi to z taką pewnością, że trudno nie poczuć, że ta dziewięcioletnia cisza była bardziej rytuałem niż przerwą.

Nowy materiał jawi się jako zderzenie archaicznych, kamiennych fundamentów Arckanum z aktualnym, bezkompromisowym językiem kompozycyjnym Shamaatae. Jak spotkanie dwóch epok, w którym pierwotny, ziemisty rdzeń projektu zostaje ponownie wrzucony w ogień współczesnej wizji i hartowany niczym metal w naprzemiennych kąpielach lodu i płomienia. W porównaniu z Den Förstfödde, gdzie surowość była jeszcze obudowana pewną narracyjną strukturą, oraz z ÞÞÞÞÞÞÞÞÞÞÞ, w którym dominowała hermetyczna, niemal rytualna powtarzalność, Beswærilsin brzmi jak świadome zerwanie z wcześniejszą dyscypliną, jak powrót do korzeni, ale wykonany z pełną świadomością współczesnych narzędzi i własnej historii.

Beswærilsin rozszarpuje słuchacza dziką, brudną produkcją, przypominającą nagrania zakopane w wilgotnej ziemi, przesiąknięte czasem, gniciem i mineralnym chłodem, a potem odkopane z brutalną szczerością, surową, agresywną, całkowicie odartą z ozdobników, jakby każdy zbędny element został wypalony do prymitywnej esencji. W przeciwieństwie do bardziej kontrolowanej, niemal „kamiennej” surowości Helvítismyrkr, tutaj brud jest żywy, ruchliwy, organiczny, bliższy dzikiej, nieokiełznanej energii wczesnych nagrań Arckanum, ale podany z większą świadomością przestrzeni i dynamiki.

Brzmienie albumu przeskakuje między lodowymi nawałnicami a płonącą, nieustającą furią. Raz uderza jak mroźny wiatr znad północnych pustkowi, który tnie skórę jak szkło, innym razem jak rozżarzony, niekontrolowany ogień trawiący stare, żywiczne lasy. W porównaniu z ÞÞÞÞÞÞÞÞÞÞÞ, gdzie żywioły były bardziej statyczne, niemal ceremonialne, tutaj są w ciągłym ruchu, ścierają się, pulsują, jakby Shamaatae celowo rozbił wcześniejszą monotoniczną strukturę, by odsłonić coś bardziej instynktownego i nieprzewidywalnego.

Duch projektu, ponownie rozpalony i wypuszczony na wolność, teraz jest jeszcze bardziej nieokiełznany, jak zwierzę, które pamięta swoją przeszłość, ale porusza się już z nową, niepokorną świadomością. W zestawieniu z poprzednimi albumami Beswærilsin jawi się jako najbardziej żywy, najbardziej agresywny i najbardziej „oddychający” materiał Shamaatae.

Staroszwedzki w takich tekstach nie jest tylko językiem, ale jest rytuałem pamięci, który otwiera dostęp do epok, gdy słowo miało moc zaklinania, a nie opisywania. Każda fraza brzmi jak fragment runicznego poematu, w którym echo staronordyckich sag splata się z surową, chłodną melodyką dawnych szwedzkich pieśni. To język, który nie opowiada historii, lecz przywołuje duchy tradycji.

Od początku Arckanum kroczył ścieżką outsidera – vargara funkcjonującego poza systemem, poza moralnością, poza jakąkolwiek próbą ujęcia go w ramy. Ta konsekwentna postawa nie była jedynie gestem buntu, lecz świadomie obranym paradygmatem, odmową uczestnictwa w świecie, który Shamaatae uważał za skostniały, przewidywalny i duchowo jałowy. Opór, niezgoda i nieustępliwa wola stanowiły dla niego fundament zarówno praktyki duchowej, jak i procesu twórczego, który z czasem przybrał formę hermetycznej, autonomicznej sztuki.

Arckanum wyrastał z samotności, ale nie była to samotność przypadkowa, a raczej wybrana, pielęgnowana, traktowana jako warunek konieczny do zachowania integralności. W tym projekcie nie ma miejsca na kompromis, na estetyczne konwencje, na jakiekolwiek podporządkowanie się oczekiwaniom sceny. Arckanum nigdy nie był jej częścią, funkcjonował na obrzeżach, jako dziki, niepokorny margines, który z czasem przekształcił się w własny, zamknięty świat. Świat, w którym sztuka staje się przedłużeniem woli, a wola – narzędziem duchowej izolacji.

Wszystko, co powstało pod nazwą Arckanum, stanowi rozszerzenie duchowej praktyki i artystycznej wizji Shamaatae. Nie jako zwykła ekspresja twórcza, lecz jako narzędzie magicznej woli, świadomie ukierunkowane na wywoływanie określonych stanów wewnętrznych. Ta muzyka nie istnieje po to, by zadowalać estetyczne oczekiwania. Funkcjonuje jako rytuał, jak zaklęcie, którego celem jest kreowanie ezoterycznych idei, atmosfer i napięć, bez najmniejszego śladu kompromisu czy konformizmu. Beswærilsin jest dokładnie takim aktem, surowym, intencjonalnym, nasyconym duchową energią, która nie tyle opisuje świat Shamaatae, co go urzeczywistnia.

Latest posts by Adam Pilachowski (see all)
Exit mobile version