Arvas – „Equanimity” (2019)

Arvas to projekt black metalowy w najczarniejszym znaczeniu tego słowa i na dodatek z Norwegii. Jego początki sięgają najmroczniejszych czasów (wówczas pod nazwą Orth), ale nie jest wymieniany jednym tchem z legionem innych kapel, siejących zagładę w latach 90., Studyjna aktywność Arvas rozpoczęła się dopiero w roku 2009 i od tamtej pory cechuje się konsekwentną regularnością. Equanimity to piąty album Norwega ukrywającego się pod pseudonimem V-Rex.

Z takimi płytami mam zawsze mały problem. Słucha się ich fajnie, bo mielą w stylu największych i świetnie wpisują się w obrany charakter. Tona blastów, lawina szybkich riffów, zjadliwy wokal, kilka melodii, które znane były ponad ćwierć wieku temu i niestety niewiele więcej. Miło całego bagażu najlepszych składowych, poprawności kompozycyjnej i wykonawczej, brakuje im pierwiastka indywidualności, tego nieuchwytnego „czegoś”, co sprawia, że mogłyby zostać zapamiętane na dłużej. I taka jest też Equanimity.

Piąte oblicze Arvas plasuje się gdzieś między zjadliwością klasycznego Mayhem, a nieokrzesaniem Gorgoroth. Jest szybko, mocno i dość brutalnie. Pierwsze dźwięki ani nie nużą, ani też nie wyrywają z butów, idealnie wpisują się w przeciętność na dobrym poziomie. Kompozycyjnie jest po prostu zachowawczo, pierwszy przebłysk odwagi pojawia się w Perception And Visions, w którym tempo zmieniane jest więcej niż raz, nieco bardziej melodyjne riffy próbują nieśmiało wyjść na pierwszy plan. Świetnie to słychać w końcówce utworu, która jest bardziej melodyjną wersją siarczystej, norweskiej klasyki sprzed lat. Z morza przeciętności próbuje się wybić też środkowy fragment Cursed By The Trident, ale po drodze coś zawodzi i całość zostaje zredukowana do formy niechcianego dziecka De Mysteriis Dom Sathanas.

Mocno zaskakuje natomiast Carven, oparty na średnim tempie, pachnący tradycyjnym thrash metalem. Uwypuklenie ostrych gitar i świetny riff zrobiły naprawdę dobrze temu numerowi, a zamykająca go solówka na tle rasowej, blackowej nawałnicy potwierdza niewykorzystany potencjał. Interesująco robi się też w My Devil, który brzmi jak miks jednego z flagowych utworów Iron Maiden z klasyką amerykańskiego thrashu, znakomicie przełożony na język black metalu. Z zachowawczych ram wypełza też The Horned One, który dla odmiany łączy w sobie więcej różnych przejść, motywów i zagrywek, niestety w nieco chaotyczny, nieprzemyślany sposób, przez co dobre wrażenie po dwóch świetnych numerach opada.

Została jeszcze wisienka na nieco mdłym torcie w postaci Masked Jackal – coveru utworu Coroner, który jest odegrany całkiem interesująco, ale wogóle nie pasuje do reszty albumu i nijak się ma do jego podstawowej zawartości.

Equanimity nie jest albumem, do którego będzie się wracać z wypiekami na twarzy. Jest niby fajnie, ale do czasu, bo im dłużej będziemy z nim obcować, tym bardziej będzie wiać nudą. Dwa świetne numery na czterdziestominutowy album to zdecydowanie za mało.

Ocena: 5,5/10

 

Rafał Chmura
Latest posts by Rafał Chmura (see all)
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , .