Site icon KVLT

ASTRAL WINTER – „Perdition II” (2020)

Wszyscy ci, którzy położyli kreskę na kapelach takich jak Summoning czy Emyn Muil i ni w ząb nie rozumieją fascynacji Tolkienem i Władcą Pierścieni nie zrozumieją, że taka kiczowata okładka, w jaką ubrany został ostatni album australijskiego projektu Astral Winter, może się po prostu podobać. Mnie, wielbicielowi historii o Śródziemiu po prostu przypadła do gustu.

Oczywiście muzyka Josha Younga nie niesie w sobie nic z przesłania Nazguli czy Uruk Hai, ale skojarzenie graficzne pozostaje. Zanim napiszę jednak, co przedstawia sobą muzyka Astral Winter wspomnę, że album wydała jedna z moich ulubionych wytwórni Immortal Frost Productions, która złych płyt w ogóle nie dotyka, a średnich nie wydaje częściej niż raz na dekadę. Wspomnę jeszcze, że krążków Perdition II na świecie jest pięćset, a każdy z nich zawiera równo dziewięć utworów trwających równo trzydzieści osiem minut.

A co niesie wnętrze albumu? Każdy utwór trzeba traktować jako opowieść. Nie ma wokali, więc zakładam, że mogą to być historie o baśniowych światach, gwiazdach i marzeniach sennych. Całość atmosfery buduje fura sampli opartych na wietrze, deszczu i śpiewie ptaków. Do tego liryczne delikatne i melodyjne klawisze, plus delikatna gitara. Gdyby nie ta gitara to bym powiedział, że Perdition II wymyślił już ćwierć wieku temu Piotr Weltrowski w swoim projekcie December’s Fire. A dokładniej na demówce Deszcz mą łzą, Piorun mym Krzykiem, którą przechowuję w szufladzie.

Oczywiście nie musi się tu wszystko podobać, sceptycy powiedzą, że muzyka na Perdition II jest tak samo kiczowata jak okładka. Jest miałka, monotonna i bez polotu, a z black metalem ma niewiele wspólnego.

Moim zdaniem jednak Astral Winter zabiera nas w piękną idylliczną podróż, podczas której muska zmysły delikatnym powiewem wiatru, śpiewem ptaków i szumem deszczu za oknem. Do tego anielskie chóry i delikatna jak jedwab muzyka otula tak, że człowiek zapada się w tym nierealnym świecie po czubek głowy. Świecie, który choć idylliczny, podszyty jest gdzieś głęboko nutką niepokoju, smutku i nostalgii.

I ja tę ideę kupuję. Może właśnie dlatego, że mam całą dyskografię Summoning, a demo December’s Fire jest dla mnie świętością. Może też dlatego, że dla mnie black metal to nie tylko kanonada dźwięków, krew i flaki. I będę pewnie odosobniony w moim przekonaniu, ale Perdition II pomimo całej swej kiczowatości to naprawdę świetny album. Zresztą posłuchajcie sami. Na początek polecam przedostatni utwór At the Gates of Creation.

Exit mobile version