Metamorphic miał premierę 28 marca tego roku. Jest to drugi pełny album AtAn po Ugly Monster z 2022 roku i Epce Abnormal Lord z 2023. Ustawia to zespół w wśród grup bardzo płodnych, niepozwalających o sobie zapomnieć. Stal kuje się tu póki jest gorąca, a rozwój wyraźnie widać. Nowa płyta została wydana siłami zespołu w grubym, biało/czarnym digipacku i uwaga – na dwóch płytach CD. Jak się okazało, całość materiału to osiemnaście kompozycji i łącznie 110 minut trwania.
Niestety, ta długość była powodem odkładania płyty na bok i wybierania innych do recenzji. Nie lubię podwójnych albumów, nie lubię albumów za długich. Tyczy się to na przykład ostatnich krążków zespołu Metallica, nie słuchałem też zbytnio drugich dysków Dream Theater. Podobały mi się za to rozwiązania w stylu Load/Reload (również Metallica) czy Hypnotize/Mesmerize (System of a Down). Zawsze byłem bardziej fanem zostawiania fanów z niedosytem niż męczenia ich. Nie wątpię, że jest sporo maniaków, którzy słuchaliby albumów swoich metalowych bogów nawet gdyby trwały dwadzieścia cztery godziny, ja niestety do nich nie należę. AtAn mnie na start lekko wstrzymał, choć znając dobrze debiut, byłem pewien, że znajdę tu coś dla siebie.
Tak też się stało. Utwory rozłożono na dyskach kluczem, który według mnie dzieli je na bardziej nośne, przyswajalne na CD 1 i „resztę” na dwójce. Krążek numer jeden wydaje się bardziej spójny, zbity, a dwójeczka stała się swego rodzaju miszmaszem bardzo różnorodnych kompozycji, w których spotkać można rapowane wokale (Dopamine jest wręcz przegięciem kompletnie odstającym klimatem od reszty), dwustopowe agresje i totalnie progmetalowe odloty. Szczerze, tak naprawdę nie mam do czego się przyczepić, każda z kompozcyji jest dobra, trzyma poziom, ale jest ich po prostu wiele i czasami się nie przegryzają stylistycznie.
Motorem Metamorphic jest djent, wzbogacony o rytmikę rodem z Korna i wiele progresywnych zakusów. Na płycie dominuje ciężar, obniżony strój gitar oraz melodyjne wokalizy Claudii Moscoso, która potrafi też bardzo skutecznie ryknąć (fajne urozmaicenie i wprowadzenie większej dynamiki do całości). Zespół dba również o atmosferę, częste pasaże gitarowe i piękne solówki grane przez Andrzeja Czaplewskiego zdecydowanie zasługują na wyróżnienie. Gitarzysta lubi poprowadzić swe popisy w rozmarzone rejony progrocka, ale nie boi się także zagłębić w bardziej schizofreniczne loty w stylu Meshuggah. Poziom wykonawczy jest tu najwyższy, a każdy instrumentalista wykonał swoją pracę wzorowo. Nie bez znaczenia jest też potężna produkcja. Za miksy odpowiedzialny jest Max Morton, którego pracę możecie kojarzyć ze współpracy z Jinjer. Tu nie ma miejsca na przypadek, tu po prostu wszystko brzmi jak należy.
Podsumowując. AtAn do dobry zespół, pewny swego i sfokusowany na rozwoju. Jeżeli muzykom nie zabraknie uporu, to stoi przed nimi świetlana przyszłość. Co zaś do samego Metamorphic – jest on niestety dowodem na to, że czasami warto przesiać swoje pomysły, by uzyskać optymalny efekt. Może to jeszcze trochę za wcześnie na podwójny album, tym bardziej, że drugi krążek brzmi trochę jak złożony z odpadów, nie zawsze pasujących do stylistyki zespołu. Dlatego osobiście skupię się na jedynce i będę jej słuchał często i z przyjemnością. Życzę kapeli wszystkiego najlepszego i nie wątpię, że jeszcze o niej nie raz usłyszę.
Ocena: 7/10
- Final Gasp – „New Day Symptoms” (2026) - 24 lutego 2026
- Exhumed – „Red Asphalt” (2026) - 18 lutego 2026
- Blood Red Throne – ”Sillskin” (2025) - 8 lutego 2026
Tagi: 2025, AtAn, atan Metamorphic, djent, female fronted metal, Metamprphic, nu metal, proh metal, recenzja, review.






