Black Anvil – “Miles” (2019)

 Na nowości od Black Anvil natknęłam się, czytając o ich wspólnej trasie z Tribulation. Okazało się, że za masteringiem ich kolejnego wydawnictwa stoi nie kto inny jak Tore Stjerna znany ze współpracy z Watain. Nigdy nie pałałam sympatią do black metalu z USA, ale postanowiłam tym razem dać szansę Amerykanom.

Szata graficzna Miles jest kolejnym intrygującym elementem twórczości Black Anvil. Szczegółową, robiącą wrażenie okładką razem z tracklistą zajęła się pochodząca z Litwy tatuatorka Iza Koval. Za dodatkowy design zabrał się również znany z fascynujących, a czasem szokujących prac, Jean-Emmanuel Simoulin, czyli Valnoir, współpracujący między innymi z BehemothLaibach i Paradise Lost.

Na EPkę Miles składają się dwa utwory Black Anvil i dwa covery, z których jeden jest interpretacją utworu Everlasting Saturnalia od The Devil’s Blood, a drugi – A Corpse Without Soul oryginalnie nagranego przez Mercyful Fate.
Pierwszy z utworów, Iron Sharpens Iron, jest utrzymany w klimatach, do których Black Anvil zdążyli przyzwyczaić słuchaczy na poprzednich wydawnictwach. Pojawia się więc efekt ściany dźwięku, growl przeplata się z czystym śpiewem, a wszystko razem wybrzmiewa w dopracowanej produkcji.
Tytułowe Miles nie wypada równie przekonująco, co poprzednik – przyjemność ze słuchania drugiego kawałka odbiera czysty wokal, który nie współgra z resztą. Następne kompozycje tylko potwierdzają to, że czysty śpiew jest motywem powtarzającym się na całości wydawnictwa i niestety nie do końca pasującym do reszty. Takie rozwiązanie wykorzystywane w bardziej ekstremalnych odmianach metalu nie jest złym pomysłem, jeśli zostaje umiejętnie wkomponowane w całość. U Black Anvil sprawa ma się inaczej i połączenie ich agresywnego muzycznego zacięcia z czystym wokalem (zwłaszcza takiego, który miejscami przekształca się w chóry – albo coś, co chóry miało przypominać) brzmi dość niezgrabnie. 
Na szczęście Everlasting Saturnalia pozwala na jakiś czas zapomnieć o średnio udanej tytułowej ścieżce. Odejście od panującego w twórczości Black Anvil klimatu wychodzi zespołowi na dobre, a choć cover nie oddaje nastroju oryginału, to nie ma co się oszukiwać – nawet częściowe dorównanie znakomitemu materiałowi The Devil’s Blood graniczy z cudem (na marginesie jednak warto dodać, że Urfaust swoją EPką Voodoo Dust takiego cudu dokonali).
Na koniec dostajemy drugi wspomniany cover, A Corpse Without Soul. Instrumentalnie kawałkowi nie można wiele zarzucić, ale słabszą stroną tej kompozycji zdecydowanie jest wokal. Zwłaszcza głosy w tle powtarzające kwestie na początku utworu nie brzmiały zbyt przekonująco, momentami wypadając sztucznie.

Miles warto potraktować jako ciekawostkę. Produkcja albumu spełnia wymagania przeciętnego słuchacza, a kompozycje, chociaż często brak im oryginalności, nie powinny zanudzić tych, którzy chcą dać nowościom od Black Anvil szansę.

Ocena: 5/10

 

Tagi: , , , , , , , , .