Pamiętam bardzo dobrze moment, gdy około 1993 albo 1994 roku pierwszy raz przesłuchałem jeden z albumów Black Sabbath. Był to okraszony wokalami Ronnie’ego Dio Dehumanizer, nagrany na pirackiej kasecie. Miałem już za sobą kilkanaście miesięcy stażu w „metalowaniu” i wraz ze starszym bratem szliśmy w coraz brutalniejsze klimaty, podniecając się takimi grupami jak Cannibal Corpse, Napalm Death czy Deicide. Dehumanizer wpadł mi w ręce jako prezent, sam bym nie kupił, bo, jak wtedy uważałem: „była to muzyka dla dziadków”. Po przesłuchaniu kasety zdania nie zmieniłem – nie rozumiałem wtedy takiej muzyki. Wydawała mi się za lekka, za melodyjna i pozbawiona agresji, której wówczas poszukiwałem.
Wychodzi na to, że dziś sam jestem już „dziadkiem”, bo należę do oddanych fanów Black Sabbath, dlatego z przyjemnością recenzuję płytę, na której także śpiewał nieśmiertelny Dio, czyli Live Evil. Można traktować ją jako podsumowanie ówczesnej współpracy wokalisty z Sabatem – nim album został wydany, Dio zawinął się z perkusistą Vinnym Appice’em, by rozpocząć pracę nad solowym krążkiem Holy Diver. Nie zmienia to absolutnie faktu, że Live Evil jest albumem świetnym, złożonym z utworów kvltowych oraz odegranych na najwyższym poziomie i zaśpiewanych zawodowo. Moim zdaniem płyta owa godzi frakcje fanów Ozzy’ego Osbourne’a i Dio, ponieważ słychać tu wyraźnie klasyczny styl zespołu, czuć klimat pierwszych materiałów, a sposób odtworzenia staroci przez drugiego z artystów powinien przypaść do gustu każdemu. Choć nadal mowa o jego głosie i stylu, sposób, w jaki zaśpiewał N.I.B, Black Sabbath, Iron Man czy War Pigs, pokazuje, że był on jedynym właściwym człowiekiem na miejsce Osbourne’a.
O jakości muzyki nie ma co wiele dyskutować – materiał jest mocny i basta. Skupię się za to bardziej na samej edycji. Płytę pierwotnie wydano w 1983 roku, a z okazji tegorocznego 40-lecia dostąpiła wznowienia w formie boxu przez BMG. Do recenzji otrzymałem wersję winylową Super Deluxe Editon, dostępna jest także bliźniacza na CD.
Biorąc do ręki box, wiedziałem, czego się spodziewać. Z BMG nie ma żartów i jeżeli chodzi o wznowienia tak potężnych legend jak zespół Tony’ego Iommiego, wytwórnia środków nie szczędzi. Karton jest solidny, papier się nie rysuje i nie niszczy od byle dotyku. W środku odnajdujemy księgę zawierającą wiele informacji i zdjęć z trasy Mob Rules, podczas której dokonano nagrań na album. Obok księgi znajdujemy tak zwany tourbook promujący Live Evil, stylizowany na oryginalny, oraz plakat z trasy. Może nie są to bonusy niezbędne do życia, ale na pewno umilają one kontakt z wydawnictwem i podnoszą jego wartość.
Co do treści muzycznej, mamy tu do czynienia z rozwiązaniem dosyć niespotykanym: na czterech winylowych krążkach umieszczono koncert z oryginalną playlistą w dwóch wersjach brzmieniowych. Wątpliwości może budzić fakt, że żadna z wersji nie jest tą wydaną w 1983 roku. Sam nie wiem do końca, co o tym myślę, bo lepiej wypadłoby zestawienie pierwotnych nagrań z najnowszymi, z nowym miksem i masteringiem na starych ścieżkach. Tymczasem dostajemy wykonany niedawno przez Andy’ego Pearce’a remaster i wspomnianą „nówkę”, nad którą pracował Wyn Davis. Nie mam nic do wersji Pearce’a, ale z oryginałem byłoby to wydawnictwo optymalne, a tak zapewne malkontenci dostali powód do kręcenia nosem.
Ten mały minus nie odbiera jednak radości ze słuchania koncertu. Jako zaledwie umiarkowany wróg remasterów podszedłem do płyt ze sporą ciekawością. Staram się nie upierać przy pierwotnych wersjach i wybierać te, które w moim odczuciu wypadają najlepiej. Nowe, dopracowane przez Davisa Live Evil właśnie taką wersją zdecydowanie jest. Zdaje się dosyć niebywałe, że z identycznych ścieżek da się wykręcić brzmienie tak różne i jednocześnie cholernie mocne względem możliwości z lat 80. Utwory wypadają potężniej, bardziej podniośle, a perkusja Appice’a po prostu niszczy, soczysta i dynamiczniejsza zarazem. Całość wyszła wyraźniej, silniej, po prostu lepiej, ale jednocześnie słychać nadal, że materiału nie nagrano tu i teraz. Analog jest wyczuwalny, a dźwięk żywy. Bardzo także przypadła mi do gustu okładka zdobiąca nową wersję, materiał (muzyka z nowym miksem i okładką) zdecydowanie mógłby zostać wydany też samodzielnie.
Mogę nowe Live Evil bez żadnych większych wątpliwości polecić. Mały zgrzyt z brakiem wersji oryginalnej nadrobiono dzięki świetnemu brzmieniu wydawnictwa najświeższego, a ogólna jakość wykonania boxu zaspokaja wrażenia estetyczne. No i co tu dużo gadać, przecież to Black Sabbath na winylu, a Black Sabbath na winylu zawsze daje mi jako kolekcjonerowi płyt poczucie spełnienia. Nie wątpię, że takich freaków jest więcej.
- Exhumed – „Red Asphalt” (2026) - 18 lutego 2026
- Blood Red Throne – ”Sillskin” (2025) - 8 lutego 2026
- Creeping Fear – „Realm of the Impaled” (2025) - 8 lutego 2026
Tagi: 2023, Black Sabbath, BMG, deluxe edition, dio, Live Evil, recenzja, remstered, review.






