Site icon KVLT

BLEEDING ANTLERS – „Songs of Praise” (2026)

Sześć lat po tym, jak ich debiutanckie Stagmata wyrwało Bleeding Antlers z mroku anonimowości, brytyjski kolektyw doom metalowy powraca z Songs of Praise. Albumem, który nie tylko wyznacza kolejny etap ich drogi, lecz jawi się jako możliwy punkt zwrotny w ich własnej mitologii. Premiera zamyka długi okres milczenia, w którym zespół, zrodzony z przypadkowej, pół‑legendarniej wyprawy po Europie w 2016 roku, dojrzewał w cieniu, wykuwał swoją tożsamość i pielęgnował brzmienie rosnące jak kult w podziemiach.

Bleeding Antlers łączą miażdżący doom metal z progresywną dramaturgią i gotycką aurą, tworząc muzykę jednocześnie monumentalną i intymną. Jak rytuał odprawiany w zapomnianych kryptach, w którym każdy riff jest inkantacją, a każda melodia niesie echo czegoś większego niż sam zespół. Dlatego wcale nie dziwią mnie tu porównania do Candlemass czy Type O Negative. Songs of Praise nie brzmi jak zwykły powrót. Brzmi jak wezwanie, jak otwarcie nowego rozdziału, który może na długo odcisnąć ślad w pejzażu współczesnego doom metalu.

 

Stagmata wprowadziła świat w Bleeding Antlers, Songs of Praise przesuwa ich wizję jeszcze głębiej w ciemność, jakby zespół po raz pierwszy naprawdę odważył się wejść w przestrzeń, którą wcześniej tylko sygnalizował. Stagmata była dla mnie odkryciem ich surowego, poszarpanego języka. Pierwszym dotknięciem brzmienia, które nie tyle atakuje, co drapie od środka. Songs of Praise idzie dalej. Uczy, jak oddychać w ciszy, którą ten język zostawia, w pustych, napiętych przerwach między dźwiękami, gdzie każdy akcent staje się ciężarem samym w sobie. Jest tu też więcej przestrzeni, ale nie po to, by dać wytchnienie. Więcej ciężaru, ale nie po to, by przytłoczyć hałasem. Mrok nie jest tylko dodatkiem, lecz fundamentem, na którym wszystko stoi. To album, który nie tylko pogłębia tę estetykę, ale ją zaciska. Jakby każdy dźwięk był wypowiedziany w półmroku, świadomie, z pełną świadomością tego, że najmniejszy ruch może zmienić cały krajobraz.

Wyprodukowane, zmiksowane i zmasterowane przez Simona Bismarcka, Songs of Praise to siedem hipnotyzujących utworów, które eksplorują pokusę, stratę, mitologię, śmiertelność i duchowy konflikt. Pomimo tytułu, nie jest to tradycyjny śpiewnik. To pieśni oddania skierowane ku zupełnie innym ołtarzom, powstałe z potrzeby obcowania z tym, co mroczne, niejednoznaczne i niepokojąco piękne. Każdy utwór jest tu jak osobny rytuał. Od apokaliptycznego, pulsującego jak nadciągająca burza When the Sun Bursts, przez folk‑horrorową, niemal baśniowo złowrogą atmosferę Meet Me in the Woods at Midnight, po nordycką surowość Fimbulwinter, w której echo pradawnych legend miesza się z chłodem współczesnej samotności. Nawet reinterpretacja Blue Jeans Lany Del Rey staje się tu czymś więcej niż coverem. Jest hipnotycznym zaklęciem, które odsłania ukryte warstwy tęsknoty i fatalizmu. Album wieńczy Crooked Lines, epicka medytacja o wierze, pokusie i wiecznej walce między światłem a ciemnością. Utwór, który nie zamyka tej podróży, lecz pozostawia ją otwartą, jak niedokończoną modlitwę, wciąż domagającą się odpowiedzi.

Songs of Praise to moim zdaniem nie zbiór piosenek, lecz pełnoprawny mit. Opowieść o człowieku stojącym na granicy światów, rozdartym między tym, co święte, a tym, co zgubne. Album nie oferuje ukojenia. Zamiast tego prowadzi słuchacza przez krajobraz pełen znaków, omenów i cieni, pozostawiając go z poczuciem, że najważniejsze pytania dopiero zaczynają się formować.

Exit mobile version