Site icon KVLT

Cinis – „Lies That Comfort Me” (2022)

Czyż nie wolimy wszyscy usłyszeć drobne kłamstwo miast okrutnej prawdy? Takie niby niewinne nagięcia faktów, które w teorii mają nas chronić przed zranieniem uczuć, i które – gdybyśmy mieli wybór – często byśmy wybrali zamiast realiów. Często chronimy tak siebie bądź bliskich i metoda ta jest też nieobca muzykom białostockiego Cinis, którzy postanowili zatytułować album Lies That Comfort Me (w wolnym tłumaczeniu Kłamstwa, które mnie pocieszają). Bardzo mi się spodobał ten tytuł, zaciekawił i zachęcił do odsłuchu płyty. Odbieram wybór jako coś odświeżającego w dobie mody na old school i „metalowe” słowa w stylu „carnage, purgatory, blasphemy” itp. – sami wiecie, macie takich płyt w domu na pęczki. Death metalowy album zatytułowany w taki „ludzki” sposób to nie jest rzecz często spotykana. „Kłamstwa” zostały wydane przez Selfmadegod Records we wrześniu roku ubiegłego, co daje już cały rok kopania tyłków.

Słychać  w muzyce, że białostocka czwórka nie chce niczego na chama udowadniać, a po prostu odzwierciedlić siebie w dźwiękach. Takie podejście dało trzydzieści pięć minut soczystego death metalu miksującego scenę amerykańską z wpływami doświadczeń wziętych z ziem ojczystych. Kapela na trzecim albumie „gra swoje”, ale jak wiadomo, ciężko uniknąć porównań, więc ja na potrzeby recenzji przywołam takie nazwy jak Devilyn, Blood Red Throne, Trauma (ale taka na sterydach) i klasyków z Malevolent Creation czy Cannibal Corpse ery Corpsegrindera. Młócka jest okrutna. Utwory, często szybkie, nie są pozbawione zwolnień, przez co album jako całość jest dobrze zbalansowany. Nie nudzi wiecznie rozkręconym na maksa poziomem techniki i szybkości, kompozycje są czytelne, a dźwięki wbite należycie. Album jest spójny, ubrany mocnym brzmieniem wykręconym w Hertz Studio i kąsa skutecznie. Pomimo, że nie byłem przesadnym entuzjastą nagranego w 2014 roku Subterranean Antiquity, to teraz zostałem zainfekowany Lies That Comfort Me na momencie. Niby nie zdarzyły się żadne drastyczne przebudowy w stylu zespołu, ale wszystko jakby skuteczniej manifestuje swą obecność i daje doskonalszy efekt końcowy. Na pewno też na plus wyszła zespołowi zmiana wokalisty.

Jak album został przyjęty przez polską scenę, trzeba by zapytać zespół, ale obserwując trendy nie wątpię, że łatwo Cinis nie ma. W czasach, w których bez image i sprawnego operowania social mediami bycie zespołem szczerym i stawiającym na ciężką pracę  jest niełatwo. Jednakże, metal to jest metal, to bycie wyjątkowym bez udawania i taki dla mnie jest Cinis. Jestem pewny, że muzycy chodzą tak samo ubrani na co dzień, jak na scenie i sesjach zdjęciowych, że dla nich scena to nie poza, tylko to co płynie w żyłach. Polecam.

Ocena: 9/10

Cinis na Facebook’u.

Exit mobile version