Krakowski Coffinfish nigdy nie ukrywał swoich silnych inspiracji H. P. Lovecraftem, mitologią Cthulhu i całą tą kosmiczno – wynaturzoną aurą związaną z pozostawioną przez niego spuścizną; zresztą – ich dwa ostatnie wydawnictwa powstały na kanwie twórczości mistrza gatunku ‘weird fiction’. Także bardziej dociekliwi słuchacze powinni dość szybko zorientować się w temacie. Sam kajam się i przyznaję, że przed Coffinfishem Lovecrafta kojarzyłem tylko z okładki płyty Iron Maiden Live after Death (cyt. „That is not dead which can eternal lie, Yet with strange aeons even death may die„), czy z kadrów teledysków innych kapel – jednak zaległości szybko nadrabiam, bo nie sposób w pełni zrozumieć i zagłębić się w ich muzykę bez chociaż ogólnego pojęcia o wyżej wspomnianych inspiracjach. To tak jakby czytać książkę w nieznanym nam języku; ergo – bez sensu.
Co do samego albumu – moje pierwsze spotkanie z EP Epilogue nie należało do najprostszych i pozostawiło we mnie sporo ambiwalentnych odczuć: z jednej strony dostałem to czego chciałem, czyli kontynuację, B – side do świetnego I am Providence (skatowałem ten album do tego stopnia, że w pewnym momencie dokupiłem sobie drugiego CD’ka), z drugiej – czułem niedosyt, czegoś mi po prostu w tej kompozycji brakowało. Nie byłem jednak w stanie zwerbalizować tego ‘czegoś’, więc nie pozostało mi nic innego, niż zapętlić utwór i czekać na olśnienie (biorąc pod uwagę jego długość – trochę czasu mi to zajęło). Słuchamy.
I – 00:00 – 5:31
Sama kompozycja zaczyna się od powoli narastających, wybrzmiewających dźwięków i sprzęgów (fani warszawskiej Sunnaty powinni poczuć się w tym momencie dość solidnie połechtani), które w idealny sposób budują atmosferę niepokoju, grozy i przenoszą słuchacza w inny wymiar; niekoniecznie przyjemniejszego od tego, w którym się on aktualnie znajduje. Jest to w zasadzie pierwszy i zarazem ostatni moment na wycofanie się z podróży, w którą chce nas ze sobą zabrać krakowski kwintet. Potem możecie już tylko zamknąć oczy i dać się ponieść dźwiękom. Zapnijcie pasy – podróż bardziej w stylu pierwszej wyprawy Ragnara Lothbroka do Angli, aniżeli Ferdka Magellana przez Ocean spokojny.
II – 5:32 – 9:16
Dynamiczne gitary, odpowiedni groove i ciepłe brzmienie hammondów – ląd znika zza horyzontem i jesteśmy już teraz zdani tylko na siebie. Jeżeli sam początek mógł w pewien sposób uśpić waszą czujność, to w II fragmencie zostaniecie dość szybko sprowadzeni na ziemię. A to wszystko za sprawą surowego, pełnego zaangażowania wokalu Lobo oraz gościnnych, pełnych furii fraz wykrzykiwanych przez Tytusa z Fleshworld (notabene – świetna kooperacja i szczerze liczę na więcej). Kulminacyjnym momentem II części jest nagłe przerwanie – jak na komendę wokalisty – pieczołowicie budowanego napięcia i powoli gasnące gitary…
III – 9:17 – 12:23
Cisza przed burzą i totalna dezorientacja wśród załogi; tak widzę ten fragment oczami wyobraźni. Potem czeka nas chyba najtrudniejsza przeprawa i prawdziwe piekło w pararelnym świecie wykreowanym przez krakowskich muzyków do spółki z Lovecraftem. Muzyka buja naszą łajbą, ciało podryguje resztką sił, a załoga przeżywa prawdziwe piekło. Morze nie bierze jeńców – przeżyją tylko najwytrwalsi. W kwestiach muzycznych powiem tyle: dawno nie miałem takich ciar na plecach – ciężar gitar przytłacza i idealnie oddaje nastrój aktualnego położenia bohaterów naszej podróży. Kosmos i wszechogarniający obłęd. W to nam Coffinfishu graj.
IV – 12: 24 – 17:12
Dusze poległych opuszczają zmaltretowane korpusy, a Ci co przeżyli widzą w oddali nieostry kształt lądu. Mgła ciągle nie opadła, ale wydaje mi się, że w głosie wokalisty słyszę nutkę nadziei. Niestety – nic bardziej mylnego. Nastrojowe, oszczędne partie gitary, dbający o utrzymanie odpowiedniej gradacji napięcia bas oraz chwila wytchnienia od krzyczanych wokali pozwalają nam na chwilę zapomnieć o beznadziejnym położeniu, w którym się znaleźliśmy. Wszystko wokół nas zamiera i pozostaje nam tylko czekać na dalszy rozwój sytuacji, na którą nie mamy już wpływu. Przebieg tej podróży był z góry ustalony. Zegar tyka i z każdą kolejną minuta przybliżamy się końca naszej ery…
V – 17:13 – 21:31
Ostatni moment na zaakceptowanie otaczającej nas rzeczywistości i pogodzenie się ze swoim losem. Holding the key and the gate story repeats itself – wracamy do stanu niepokoju, niepewności oraz aury grozy z początku utworu. Ciężar tego fragmentu przytłacza nas do tego stopnia, że zaczynamy odczuwać zmęczenie, robimy się senni i nie możemy się już doczekać finału naszej tułaczki. Niech to się już skończy – błagamy. A wraz z powoli wyciszającą się muzyką – spada tempo bicia serca, zamykamy oczy i leżymy odrętwiali, lecz…wciąż świadomi. Koniec.
Podsumowując…
Pomimo tego, że na trackliście mamy tylko jedną pozycję, to I am Providence (bo tak się nazywa utwór) wypada, a nawet trzeba podzielić na kilka krótszych fragmentów, rozłożyć na czynniki pierwsze. Ja dokonałem podziału na pięć części, ale jest to oczywiście tylko i wyłącznie moja interpretacja.
W kwestii ‘technikaliów’ wydawniczo – produkcyjnych – jeżeli Panowie z Satanic Audio będą dalej wypuszczać TAKIE albumy, to w końcu zakopią się w pracy na kilka następnych lat. I w tych słowach naprawdę nie ma przesady, bo za co by się ostatnio nie zabrali (a rozstrzał gatunkowy ich produkcji jest naprawdę spory), to wychodzi im co najmniej bardzo dobry materiał (vide Red Scalp ‘Rituals’, J.D. Overdrive ‘The Kindest Of Deaths’, czy Sunnata ‘Zorya’). Jednak brzmienie albumu to jedna sprawa i nie można zapominać o oprawie graficznej, którą chyba od samego początku zajmuje się sam wokalista Coffinfish, czyli Piotr Zając vel Astmol – znowu mamy okazję obcować ze sztuką pierwszego sortu. Wydawcą pozostaje niezmiennie Unquiet Records.
Jak widzicie – tutaj naprawdę nie ma słabych punktów i może nie powinienem się z tym afiszować, ale dopiero co wróciłem z premierowego koncertu. I jak było? Bosko w sensie piekielnym.
Duet Tytus + Lobo i w ogóle cały Coffinfish na żywo jest esencją tego gatunku i obecnie bezkonkurencyjnym numerem jeden na rodzimej scenie post – sludge metalowej. Wszystkie inne polskie zespoły aspirujące do grania w klimacie Isis, Neurosis, Blindead, czy Cult of Luna powinny przynajmniej raz w życiu udać się na koncert krakowskiej grupy i zobaczyć ‘jak to się robi’.
Co do tego ‘czegoś’ i mojego początkowego niepełnego zrozumienia świeżo wypuszczonej EPki – problem polegał na tym, że oczekiwałem większej ilości czystych wokali (nie czepiam się – licentia poetica), których jestem wielkim fanem oraz to, że potraktowałem I Am Providence jako jeden utwór. Teraz wiem, że trzeba go podzielić, nie starać się wchłonąć za pierwszym podejściem, a przede wszystkim zastosować się do dewizy – no hope, no love, no glory, no happy ending. Bo taka właśnie jest EPka Epilogue i cała muzyka krakowian.
Ocena: 10/10
https://soundcloud.com/unquiet-records/coffinfish-epilogue-i-am-providence
- Wygraj bilet na koncert zespołu IMPALED NAZARENE - 18 lutego 2026
- SHADOWSPAWN (death) wypuścił klip do tytułowego utworu z albumu „Cadaver Dogs” - 18 lutego 2026
- HEGEROTH ujawnia polskojęzyczny singiel z nowej płyty „Soaked in Rot” - 18 lutego 2026
Tagi: Blindead, Coffinfish, Cthulhu, Epilogue, H. P. Lovecraft, I am Providence, Isis, melancholic, Neurosis, post-metal, psychodelic, satanic audio, sludge metal, Unquiet Records.






