Przyszedł listopad, razem z nim przyszła jesienna chandra. Jak co roku nasza martwa, polska jesień swoim szaro-błotnym klimatem wprowadza w apatię. Dziś na celowniku coś pasującego jak ulał do tych klimatów. Projekt przybijający już samą swoją nazwą. Deadlife – szwedzki, zimny, depresyjny black metal.
From Tears to Ashes przygarnąłem co prawda troszkę na wyrost, ale chętnie. Wcześniej miałem przyjemność obcować z ichnią z płytą Värdelös i wspominałem ją dobrze, więc zdecydowałem się sprawdzić nowe wydawnictwo, zresztą, dzięki Wolfspell Records, pierwsze ukazujące się w formie fizycznej. Dopiero gdy CeDek do mnie dojechał i gdy zorientowałem się, że tracklista jest coś zbyt bogata, wklepałem FToA na Metal Archives. Okazało się, że to nie są stricte nowe kompozycje, a kompilacja trzech wcześniejszych pełniaków, w tym Värdelösa, i jednej EP-ki, czyli bodajże wszystkiego wydanego w latach ’13-’14. Suma sumarum otrzymujemy ponad dwie i pół godziny depresyjnego grania zawartego na dwóch płytach. Nieźle, bardzo nieźle.
Tak więc gdy tylko słońce zaszło i zrobiło się jeszcze nieprzyjemniej i chłodniej, odpaliłem From Tears…, pierwszy krążek. Powitało mnie brzmienie ostre, lodowate i surowe niczym grawitacja. To znaczy, najwcześniejsza płyta, Slutskedet. Surowizną trąci na skalę norweskich lat osiemdziesiątych, choć wszystko w duchu DSBM. I trzeba przyznać, że mimo wszechobecnej siermięgi nawet ta część potrafi być ładna. Melodie są zimne niczym serce mojej byłej i podobnie jak ona pozbawiają wszelkiej nadziei na radość, jednocześnie będąc po prostu ładnymi. Co prawda gitary brzmią jak wkurzony rój os, perkusja jest przytłumiona a wokal raz siedzi głęboko w podszewce a raz wyskakuje na pierwszy plan niczym Borat w zielonych szelkogaciach, ale tak naprawdę to nie przeszkadza. Przeciwnie, tworzy nawet specyficzny klimat jeszcze większego osamotnienia i beznadziei. Z tej części szczególnie propsuję utwór För evigt förtvivlad. Naprawdę klimatyczny, i przygnębiający, czyli taki, jaki powinien być suicidal.
Natychmiast po odegraniu Slutskedet nachodzi nas drugi w kolejce Värdelös. Z poprawioną produkcją (choć kwestia wokalu dalej nie jest do końca rozwiązana), z dłuższym materiałem, z bardziej rozbudowaną melodyką i dodatkowymi środkami, jak na przykład chórek w kawałku I Hate Life. Nie jest to nic nowego, fakt, ale swoją funkcję spełnia naprawdę zacnie. Poza tym, mamy tu rozwinięcie pierwszej płyty. Muzyka dalej jest nieśpieszna, przybijająca, chłodna, po prostu depresyjna. Jeśli miałbym wymienić najlepszy utwór tej części, byłby to chyba wspomniany już I Hate Life, choć materiał stoi na równym, wysokim poziomie. Natomiast na zakończenie CD1 dostajemy kompozycję premierową, wyróżniający się głównie brzmieniem Silent Years.
A to dopiero połowa zabawy, czeka jeszcze przecież …to Ashes. I tu zaczyna się najlepsza zabawa. Rafn (czytaj: autor całej twórczości i jedyny muzyk Deadlife) pokazuje, że nieobce mu słowo „progres”. No Help Is Coming, trzeci pełniak to jest już światowa liga depressive black metalu. Brzmienie wręcz idealne do tego typu muzyki, rozwój w kwestii kompozycyjnej czy też wokalnej, wszystko to formuje się na drugą najlepszą płytkę z tej półki, jaką w tym roku przesłuchałem (pierwsi są nowi Psychonauci). Bardzo łatwo, i bardzo chętnie, można się w tym zatracić. To po prostu soundtrack smutnych dni. Takich, które najlepiej spędzić w ciemnym pokoju, w towarzystwie myśli, butelki wódki i paczki papierosów. Płyta bardzo równa, bardzo spokojna, bardzo dobijająca. Kwintesencja suicidalu. Po niej pojawia się jeszcze 20-sto minutowy utwór Worthless Existence, pochodzący z EP-ki pod tym samym tytułem, i kolejny, premierowy numer nazwany The Last Sign of Life. Pasują do klimatu i, choć nie są już tak świetne jak NHIC, to bardzo dobrze pełnią rolę wyciszenia płyty i jej outra.
Podsumowując: kozak wydawnictwo. Mimo długiego czasu grania płyta nie nudzi i nie denerwuje. Za to bardzo uspokaja i wywołuje zimny trans. Kapitalna pozycja na nadchodzącą zimę i jedno z lepszych DSBMowych wydawnictw tego roku. W najbliższym czasie zamierzam też się zapoznać z resztą twórczości Rafna. Mam przeczucie, że nie będę zawiedziony. A fanom grania depresyjnego naprawdę polecam zajrzeć na bandcamp Deadlife. Cholernie warto.
Ocena: 9/10
- Ayyur – „The Lunatic Creature” (2018) - 13 lipca 2019
- Psychopathic – „Phases” (2018) - 6 lipca 2019
- Himura – „Exterminio” (2016) - 30 czerwca 2019

