Deströyer 666 „Wildfire” (2016)

Weterani czarnego rzemiosła z Deströyer 666 nigdy nie rozpieszczali fanów jeśli chodzi o ilość wydawanych płyt. Cztery krążki w ciągu ich długiej kariery to niezbyt imponująca liczba. Ale jeśli przyjrzeć się im bliżej to są to płyty rewelacyjne (może oprócz Defiance) które niemal za każdym razem rozpierdalały słuchacza swoją autentycznością, szczerością i niewymuszoną „elegancją”. Dziś, niemal dwadzieścia lat po kultowym Unchain the Wolves Deströyer 666 ukazuje się nam w piątej odsłonie pt. Wildfire. Płycie, która już teraz rości sobie pretensję, do najlepszych propozycji metalowych tego roku. Ale zacznijmy od początku.

Nie wiem czy dzisiaj młode zespoły grające tego typu dźwięki mają jakąkolwiek szansę na to, żeby zaistnieć na scenie. W czasach gdy modny jest shoegaze i ugrzeczniony black metal dla słuchaczy ze szkół wieczorowych czy pseudoartystyczne „eksperymenty” odkrywające na nowo lata 70-te granie jakie uskutecznia Deströyer 666 na Wildfire brzmi bardzo anachronicznie. Australijczycy mają to jednak głęboko w dupie i grają po swojemu, do przodu, thrashowo, momentami heavymetalowo i z pazurem. I chwała im za to! Jest dynamicznie i jest rytmicznie. Numery jak Live and Burn (mój faworyt na krążku) czy tytułowy to piękne metalowe hymny podlane pikantnym sosem. Gdzie trzeba jest blackowo jak w Die You Fucking Pig, gdzie indziej znowu jedzie walec i miażdży kości jak w zamykającym płytę Tamam Shud. Jest barwnie, wystawnie i szczerze. Prawdziwa uczta Baltazara dla każdego maniaka klasycznego grania! I nie piszę tego z przekąsem, bo męczy mnie windowanie na piedestał zespołów, które nie mają wiele wspólnego z metalem za to znacznie więcej z wygodnictwem i gustownymi sweterkami. Tutaj tego nie ma. Jest granie wtórne, bo przecież wszystko to już gdzieś słyszeliśmy, ale jest tak podane, tak zagrane, że kurwa… aż chce się tego słuchać over and over again. I za każdym razem gdy odpalam ten krążek to czuję, ze krew pulsuje mi szybciej a bania sama chodzi.. Tak się robi prawdziwy „instant classic”!

Pisać o umiejętnościach w opanowaniu instrumentów przez KK. Warsluta, Perracide’a, R.C. czy Kutzbacha byłoby głupotą i sporym nietaktem, bo to klasa światowa i nie ma przecież co do tego wątpliwości. Wszystko tu siedzi w muzyce, buja, żaden lead czy choir nie rozbija odbioru całości a riffy są poukładane lepiej niż na niejednej klasycznej płycie z lat 80-tych. Halfordowskie jęki dodają wokalom dodatkowego wymiaru. Koniec końców Deströyer 666 dostarcza nam kawał niezłego metalowego mięcha. Oprawa Zbyszka Bielaka sugeruje nam srogi wpierdol i gonitwę śmierci. I to też dostajemy. W idealnej niemal proporcji zarówno pod względem struktury, brzmienia jak i ostatecznego sznytu jaki nadali płycie Mersus i Laurent Teubl w Underworld Studios.

Muszę jeszcze coś dodawać? Nie. Uwag brak. Do sklepów marsz!

Ocena: 10/10

Fabian Filiks
(Visited 2 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , .