Devil in the Name – „Black Stone” (2025)

Długo przyszło fanom czekać na drugą płytę śląskiej stonerowo/doomowej załogi Devil in the Name. Wypuszczony siedem lat temu debiut grupy był dla mnie bardzo przyzwoicie wykonanym tak zwanym „sabbath worshipem” – duch Tony’ego Iommiego i spółki unosił się nad tamtym krążkiem i nawet częste stonerowe zagrywki nie były w stanie zmienić mojego wrażenia. Black Stone to kontynuacja tej ścieżki, choć tym razem znalazło się na niej trochę więcej miejsca na eksperymenty.

Już od pierwszych dźwięków Morgen Rot & Black Well Witch będziecie wiedzieć, czyje płyty panowie katowali za młodu. Nieszczególnie zresztą się z tym kryją, o czym świadczyć może użycie dźwięków padającego deszczu połączonych z bijącym dzwonem w przejściu pomiędzy dwoma częściami kawałka. Na szczęście im dalej w Black Stone, tym bardziej zespół próbuje zamieszać – bywa mocno hard rockowo (Hellhounds), jest miejsce na trochę eksperymentów (Sigillarius z gościnnym udziałem Anji Orthodox), zespół sprawdzi się też w bardziej podniosłych klimatach (Pillow of The God). Całość skąpana jest w okultystyczno-czarnomagicznym soku, przywodzącym mi na myśl skojarzenia chociażby z Blood Ceremony, a dzięki kombinacji chwytliwych refrenów (ten z The Four Horsemen jest genialny) i transowych melodii stanowi bardzo przyjemny odsłuch.

Nie jest Black Stone jednak dziełem wybitnym, do tego niestety trochę brakuje. Przede wszystkim odniosłem wrażenie, że panowie tworzący Devil in the Name mimo wszystko najlepiej czują się właśnie w tej sabbathowej szufladce. Doceniam próby ucieczki od tego jakże oczywistego skojarzenia, jednak najszybszy na krążku Hellhounds wypada przy okazji najmniej interesująco, Sigillarius broni się przede wszystkim regularnie powracającym doomowym riffem wyjętym chyba Iommiemu z kieszeni, pozostałe kompozycje również wypadają najlepiej właśnie wtedy, kiedy podczas odsłuchu z tyłu głowy lata sobie Lucyfer Henry z loga Black Sabbath.

Czy to źle? Kwestia indywidualna. Jeśli chodzi o mnie, to doceniam podjęte przez zespół próby urozmaicenia albumu, nawet jeśli nie wszystko wyszło ślązakom tak dobrze jak fundamenty tego grania. Black Stone zawiera jednak wystarczająco dużo bardzo dobrych momentów, abym mógł z czystym sumieniem polecić ten wyczekiwany w pewnych kręgach krążek. Całość jest też na tyle zwięzła (niecałe czterdzieści minut), że okazjonalne mielizny nie ciągną się zbyt długo. Dla fanów okultystyczno-doomowych klimatów sprawdzenie nowego Devil in the Name to wręcz konieczność.

Ocena: 7/10

Devil in the Name na Facebooku

Łukasz W.
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , .