Lullabies to kolejna reedycja dokonań Genetic Transmission, jaką w 2020 r. wydała tłocznia Zoharum. Pierwotnie ten materiał miał swoją premierę w 2005 r. na limitowanej płycie CDr wydanej przez należącą do samego Tomka Twardawy wytwórnię Die Schone Blumen Musik Werk. To 5 długich kompozycji, w których Twardawa ukazuje rąbek swojego muzycznego świata oraz zainteresowań. To inna rzeczywistość, na którą składają się takie elementy jak: hałas, zgrzyty, deformacje, przemysłowe kolaże. Sam tytuł jest niezwykle przewrotny i można odbierać go wręcz jako kpinę z mniej zorientowanych w sztuce Twardawy. Oczywiście z klasycznymi kołysankami ta płyta nie ma nic wspólnego. To raczej zapis sennych koszmarów. Wykorzystując podobne instrumentarium, co na płycie Strychnina, w odróżnieniu od tamtego materiału na Lullabies słychać nieco więcej przestrzeni i czuć więcej powietrza. Zgrzytliwa faktura tych nagrań tchnie jakimś podskórnym napięciem. Nieustannie zmienia się też nastrój tych kompozycji, a zmiany te są dosyć gwałtowne i nieoczekiwane. Często całość balansuje tu na granicy absurdu, groteski czy też niemal czystego szaleństwa. Niczym we wspomnianym wyżej sennym koszmarze, który sam w sobie jest niecodzienny i nierzeczywisty. Industrialny brud, często na granicy przegięcia. Poszczególne dźwięki wydobywające się z instrumentalnego „złomowiska” Twardawy, brzmią niczym surowe nieprzetworzone sample. Z tą różnicą, że nie są generowane elektronicznie, lecz są efektem wytężonej fizycznej pracy ich twórcy, niczym w mikroskopijnej fabryce. Lullabies to mocny, bezkompromisowy materiał dla tych wszystkich, którym niestraszna jest podróż w krainę sennych koszmarów.
Autorem recenzji jest Robert Moczydłowski.
Tagi: ambient, Genetic Transmission, Genetic Transmission Lullabies, industrial, noise, recenzja, review, Robert Moczydłowski, Tomasz Twardawa, Zoharum.






