Ostatni jak dotąd album grupy Tool „10 000 Days„, który ukazał się ponad 10 lat temu był konceptem poświęconym w dużej mierze zmarłej matce Jamesa Maynarda Keenana, wokalisty zespołu. Osobista tragedia przełożyła się więc na artystyczne poszukiwania grupy, co finalnie przedłożyło się na album pełen smutku, nostalgii, delikatności i magii. Podobnie ma się sprawa z najnowszym dokonaniem grupy Gojira, bracia Duplantier (perkusista i wokalista) musieli przeżyć odejście swojej mamy. Być może gdybam za bardzo i filozofuję, ale spójrzcie co nam wyjdzie jeśli z tytułu krążka podwędzić literkę „g”.
Francuscy czarodzieje progresywnego death metalu wyczarowali krążek najlżejszy w swoim dorobku, a jednocześnie najbardziej różnorodny i inny od poprzednich. Owszem są tu śladowe elementy Gojiry, którą pokochali fani na całym świecie, ale nie dominują, jedynie podkreślają, że to mimo wszystko ten sam zespół, który nagrał From Mars To Sirus. Tytuł jest więc nieco mylący, nie spodziewajcie się tutaj ciężaru lejącego się na słuchacza, rzekłbym, że to zestaw piosenek przepełnionych mrokiem i smutkiem, ale też jak na poprzednich wydawnictwach zagrzewających do spojrzenia w głąb siebie i dokonania zmian w swoim życiu. W bardzo prosty sposób traktuje o tym nośna, singlowa Silvera stojąca w opozycji do „ciemnego”, dusznego Stranded. „Magma” to album krótki, ale treściwy będący jednocześnie nowym otwarciem dla grupy, oparty na kontrastach i rozwiązaniach jakich bym się po nich nie spodziewał. Zwykle albumy grupy rozpoczynały się od porządnego łupnięcia, tym razem stawkę otwiera niespieszny The Shooting Star, który kroczy niczym armia dusz zmierzających ku otchłani. Żadnego growlingu, zamiast tego czysty, niepokojący śpiew, unurzany w pogłosach. Krótko mówiąc utwór, który powinien się spodobać zakochanym w takich utworach jak World To Come czy Global Warming. Rzecz w tym, że w całym tym swoim mroku jest po prostu piękny i wywołujący przyjemne ciarki. Uprzedzam od razu, Godzilla nie stępiła sobie pazurów i takie The Cell to już okładanie słuchacza jak należy, mógłby się znaleźć na którymś z poprzednich krążków, a koncertowo na pewno sprawdzi się wybornie.
Yellow Stone jest jedynie przerywnikiem przed moim zdaniem najważniejszym utworem w stawce, czyli tytułowym. Który ma już dla mnie taki sam status jak niesamowite The Art Of Dying z „The Way of All Flesh„. Słychać, że to utwór poświęcony mamie braci założycieli, zdecydowanie odstaje od reszty i wyróżnia się hipnotyczną konstrukcją, pięknie płynie i zdecydowanie ma potencjał na kolejny singiel, kipi od emocji i energii generowanej od bardzo świadomych już artystycznie muzyków. Taaaak, grupa okrzepła i dojrzała i rozsądni słuchacze to zaakceptują, zespół już nie nagra drugiej „Terra Incognita„. Bardzo trudno jest mi się od tego utworu uwolnić i na dzień dzisiejszy jest on tym ulubionym. Na „Magmie” nie brakuje odniesień do rytmów plemiennych, co słychać w nieco szamańskim Pray, ogólnie ma się wrażenie, że grupa przygotowała zestaw hymnów idealnych do chóralnego koncertowego ryczenia, nie zapominając przy tym, że rytmiczne łamańce to ich specjalność, pojawiają się bowiem w obrębie tego samego utworu. Formalnie to jednak krążek dużo prostszy, oparty o groove i melodie, przyznam, że za pierwszym razem byłem zdziwiony, że postanowili odbić w takim kierunku, ale im bardziej się wsłuchuję tym bardziej mi się podoba, to album, który powstał w takich a nie innych okolicznościach, a przecież już „L’Enfant Sauvage” zapowiadał zmiany. Swoim emocjom grupa pozwala ujść w mocnym Only Pain, a Low Lands to kolejna, wycieczka do progresywnych klimatów i czystych wokali i potężnego aranżu, kojarzącego mi się z Born In Winter. Zamykający krążek Liberation to instrumentalny kawałek w duchu soulflyowych oznaczanych kolejnymi cyferkami. Spokojny, pozwalający na rozmyślenie nad tym co się wcześniej usłyszało, nie zdziwiłbym się gdyby powstał podczas jakiegoś luźnego jammu i pod wpływem otaczającej muzyków przyrody.
Zastanawiałem się czy grupa byłaby w stanie kiedyś nagrać album, na którym nie byłaby rozpędzona, rozkrzyczana, na którym nie próbowałaby nam złamać karku każdym dźwiękiem. „Magma” udowadnia, że jak najbardziej, przy czym odpuszczenie sobie wałkowania elementów, na których zęby zjedli wyszło grupie na dobre. Nie zawsze trzeba kopać po ryju by zrobić kolosalne wrażenie. Póki co mój ulubiony tegoroczny krążek obok „Gore” Deftones i „Fever Daydream„ The Black Queen. I to by było na tyle, ocenę widzicie poniżej.
Ocena: 10/10
- Krakowski ONLY SONS (retro/hard rock/alt metal) wydał płytę „Through The Night Again „ - 17 kwietnia 2026
- KONRAD CIESIELSKI na wyjątkowym koncercie w Warszawie - 17 kwietnia 2026
- ACIDSITTER na trasie koncertowej z włoską kapelą SHARASAD - 17 kwietnia 2026

