KVLT

Hæresis – „Si Vis Pacem Para Bellvm” (2026)

haeresis Si Vis Pacem Para Bellum 2025 cover artwork

Tego Armagedonu nie spodziewał się chyba żaden obserwator sceny muzycznej. Z drugiej strony tak totalna zagłada zaskoczyłaby nawet najlepiej przygotowanego na taki cios słuchacza. Takie rzeczy jak ostatni album Haeresis się po prostu w naturze nie zdarzają, a jeśli nawet – to niezwykle rzadko. A jednak Si Vis Pacem Para Bellum można dotknąć i to zarówno w wersji kompaktowej, jak i w wydaniu dla koneserów, na czarnym winylowym placku. Niby nie do uwierzenia, a jednak się wydarzyło. I jest z nami już od dobrych kilku miesięcy.

Bez bicia się przyznam, że o niemieckim kwintecie nie słyszałem nigdy. Ich kompilacja Bete Noire umknąła mi całkowicie i muszę powiedzieć, że gdy odgrzebałem ją teraz na fali zachwytu nad debiutanckim albumem będącym przedmiotem niniejszej recenzji, jakoś nie powalił mnie na kolana. Ot, trzy długie (bo trwające łącznie ponad pół godziny) kawałki zupełnie niezwiastujące możliwości muzyków. Owszem poprawne, ale bez polotu czy przebłysków geniuszu.

Si Vis Pacem Para Bellum zaczyna się totalnie inaczej. Już pierwsze sekundy Echoes of Ashes to wpierdol tak potężny, że wciska w fotel jak start wahadłowca, a oddech zatrzymuje się gdzieś w krtani. Od nawałnicy dźwięków, potężnych jak uderzenie bomby atomowej blastów i absolutnie niemożliwego wokalu zaczyna się kręcić w głowie. Jezus Maria, co to jest za utwór. A najlepsze jest to, że przez całe prawie dwanaście minut Haeresis trzyma słuchacza w tak mocnym uścisku, że człowiek modli się tylko o przetrwanie. Błagając jednocześnie, żeby muzycy nie przestawali i żeby ten utwór nigdy się nie skończył. I gdy wydaje Ci się, że Christin pokazała już wszystko co potrafi, ona jak gdyby nigdy nic przechodzi do zakończenia tak anielskiego, że ciarki wskakują na całe ciało, a po policzkach zaczynają płynąć łzy. Tego, co czułem słuchając ostatniej minuty tego utworu, nie da się opisać słowami.

I who Repell all Night także nie okazuje miłosierdzia. Podobnie jak Echoes of Ashes jest potężny niczym grom, groźny niczym huragan i nieunikniony niczym śmierć. Z drugiej strony tak samo ma nieprzebrane pokłady melodyki, tony spójności i gdzieś tam na końcu każdej nuty da się wyczuć spokój i równowagę. Pięknie to Niemcy wymyślili. Wybitnie.

Drifting Beyond Time Grasps zaczyna się nieco wolniej, choć równie mocno i stanowczo. Zaczyna się tak, jak kończy się I who Repell all Night, czym ubogaca album o niespodziewaną wręcz spójność utworów. Spójność, która nie pozwala słuchać pojedynczych numerów. Naturalnie nakazuje przesłuchanie Si Vis Pacem Para Bellum od deski do deski, od pierwszej do czterdziestej pierwszej minuty. I to na jednym wdechu, bez przerwy, bez zastanowienia i bez opamiętania.

Album zamyka kawałek Eradicate Taciturnity. Kwituje go delikatnym wstępem i czystym znów wokalem Christin. Nie tak anielskim, jak zakończenie Echoes of Ashes, niemniej równie pięknym i uspokajającym. I nawet, gdy do głosu dochodzą mocno przesterowane partie gitar i wolniejszy nieco blast, uczucie ulgi nie ustępuje. Ale żeby nie było, że płyta kończy się bez polotu klasyczną zapchajdziurą, od trzeciej minuty tego utworu potęga Haeresis wraca na piedestał i nie zstępuje z niego aż do końca płyty.

To wybitne dzieło kończy się tak szybko, jak się zaczyna. Przez pierwsze sto odsłuchów nawet nie zauważyłem, kiedy album przeskakuje na początek i pędzi jak szalony od nowa. Fakt, że te czterdzieści minut nie stanowi rekordu długości krążka. Z drugiej strony Haeresis nie potrzebuje już na Si Vis Pacem Para Bellum niczego dodawać i nic uzupełniać. Płyta jest tak kompletna, jak tylko może być, i tak idealna, jak chyba żadna, której w życiu słuchałem. I nawet okładka zachwyca i odzwierciedla dokładnie to, co odnajdujemy w warstwie muzycznej. Śnieżnobiała gołębica przybita brutalnie do krzyża. I morze, morze krwi na czarnym jak otchłań tle.

To co teraz napiszę, napiszę zupełnie szczerze. Nie pamiętam, kiedy jakakolwiek płyta, jakiej słuchałem w życiu, zrobiła na mnie aż takie wrażenie. Może In the Nightside Eclipse Emperora, może Hvis Lyset Tar Oss Burzum, może Stellar lub Unstille Der Weg Einer Freiheit. Może EPka Alone Walkyng Hadesu albo jakiś album Bathory. To wszystko może, bo tamte uczucia zatarły się już w czasie i choć wciąż zachwyca mnie tamten black metal, to nie jest już ten zachwyt, co kiedyś. Przy odsłuchu wymienionych powyżej płyt włącza mi się równowaga umysłu pięćdziesięciolatka i geniusz tych albumów doceniam z rozwagą, ze zrozumieniem kiwając głową. Przy Si Vis Pacem Para Bellum włącza mi się Berserk, młodzieńcza rządza krwi, a w oczach mam obłęd.

Takiej płyty chyba jeszcze w historii muzyki nie było, na pewno nie ma i pewnie długo nie będzie. Si Vis Pacem Para Bellum powinno stać się dekalogiem każdego metalowca, pacierzem mówionym każdego wieczoru, Inwokacją wyuczoną na blachę w szkole. Gdybym mógł tej płycie dać punktów piętnaście lub sto, to i tak byłoby to za mało. Dlatego daję dziesięć, bo żadna liczba nie odda tego, co daje mi każdy, dosłownie każdy odsłuch Si Vis Pacem Para Bellum.

 

Ocena: 10/10

Haeresis na Facebooku
Haeresis na Bandcamp

Exit mobile version