Ochoczo zgłosiłem się do recenzji drugiego albumu Hellectricity. Nie skłamię jeśli napiszę, że na niego czekałem. Nie to, żebym upatrywał w nim płyty, która zmieni moje życie czy coś, ot, po prostu liczyłem na fajne, metalowe granie. Miałem podstawy, żeby tego oczekiwać. Debiutancki długograj zespołu – Salem Blood – był spoko. Na dodatek Hellectricity składa się w dużej mierze z gości, których robotę śledzę i cenię – perkusistę Wiśnię poznałem jeszcze w czasach, gdy bębnił w Carnal. Potem zaczął bębnić w Hedfirst, gdzie przygrywał mu gitarzysta Kuba Tomaszewski. Obaj tworzą teraz trzon Hellectricity. Rufusa, którego możecie kojarzyć przez lata spędzone w Corruption, po dziś dzień uznaję za jednego z najlepszych wokalistów heavymetalowych w kraju nad Wisłą i jego notowania po nowej płycie Hellectricity nie spadną. Skład uzupełnia jeszcze Błarz, który pykał sobie trochę na basie tu i tam. Jak więc widzicie miałem prawo oczekiwać po Hellectricity materiału przynajmniej zjadliwego.
Drugi długograj kwartetu wabi się Odious, Vile, Nasty and Wicked. Jakiś czas temu w internecie pojawiło się lyric video do promującego go kawałka The Squadron i byłem nim nieco zawiedziony. Czy Rufus porzucił wydawałoby się bliską sobie tematykę czarownic, diabłów, wódki, na rzecz sabatonowych prób tworzenia peanów dla wojennych bohaterów? Odpowiedź brzmi: na szczęście nie! Niemniej jednak moje pierwsze przesłuchanie Odious, Vile, Nasty and Wicked przyniosło kolejny zawód. Zabrakło mi jakiegoś powera, przebojowego numeru na miarę Silver Bullets, który byłby tym, co to wciągnie mnie w album.
Odczekałem chwilę i odpaliłem płytę dzień później. Może to zmiana okoliczności tak zadziałała – akurat sprzątałem przed przeprowadzką, może bardziej skupiłem się na płycie bezmyślnie myjąc podłogę, grunt, że załapałem. Nie znalazłem hiciora, ale wydaje mi się, że skumałem, co Hellectricity chcieli zrobić na Odious, Vile, Nasty and Wicked.
Po intro rodem ze spaghetti westernu (ale jednak nie sięgającego wyczynom Ennio Morricone do pięt) przychodzi Last Dance With Mary Jane. Radość! Rufus pozostał Rufusem i z wdziękiem wprowadza do muzyki bohaterów w swoich tekstach, nadaje jej w ten sposób wręcz materialny kształt. Ale zaraz, zaraz. Kawałek w sumie jest dość mało porywający, w zwrotce rzucają się w uszy przede wszystkim kapiące pojedynczymi akcentami klawisze. Nie będzie strzału w pysk? Nie w tym kawałku. Z jakiegoś powodu Odious, Vile, Nasty and Wicked wydaje się bowiem stać na głowie. Płyta zaczyna się bardzo średnio, ale z każdym kolejnym kawałkiem robi się coraz lepsza. Już przy kolejnej piosence Songs Of the Sirens łapię się nad tym, że moje porównania biegną do starych wyg heavy metalu i hard rocka: Dio, Rainbow, trochę Purpli (pewnie przez te klawisze choćby w Ready To Go czy Indefinite), pewnie po drodze jakieś Priest czy Maiden, może Saxon czy Accept, wszystko to pomieszane ze stonerową wręcz umiejętnością do zwolnienia i doładowania ciężarem. Zupełnie swobodne riffowanie i luz Rufusa tworzą kombinację przenoszącą mnie w czasy, kiedy odkrywałem najlepsze płyty lat 70-tych i 80-tych. Ale nie ma tu żadnego sprzedajnego retro grania opartego na sentymencie. Wszystko jest nowoczesne, wali po uszach mocnym i wyraźnym brzmieniem. Nikt tu raczej nie próbuje przystrajać się w niepasujące mu piórka. Mamy raczej do czynienia z przypadkiem, w którym kilku gości odkryło po paru latach na scenie, że w sumie mają smykałkę do takiej muzy. I grają ją porządnie, z werwą i pomysłem.
Po kilku przesłuchaniach stwierdzam, że największym zwycięstwem tej płyty jest moim zdaniem numer Mockery – szybki, wpadający w ucho, może niezbyt złożony, ale to nie Dream Theater przecież. Kawałek tnie świetnym riffem, zamienia się nawet na moment w (I Can’t Get No) Satisfaction Stonesów. Choć Mockery moim zdaniem jest punktem kulminacyjnym albumu to przed nim ani po nim wcale nie jest wiele gorzej. Co więcej, wielu wychowanych na starym dobrym gitarowym graniu znajdzie tutaj mnóstwo nawiązań, zapożyczeń, hołdów poskładanych świadomie lub nie gwiazdom tamtych czasów. I są to hołdy zagrane z klasą i pomysłem, nie bierne odtwarzanie dawno oklepanych patentów. Rock’n’roll jak w mordę strzelił. Zespół brzmi, jakby miał kompletny luz, po prostu bawił się i żonglował muzyką. To jest chyba czynnik, który sprawia, że Odious, Vile, Nasty and Wicked brzmi mi bardziej zachęcająco niż wypociny większości polskich zespołów poruszających się w podobnej stylistyce. I tak powinno być, bo przecież nie gra się tak zajechanego gatunku jak heavy metal tylko po to, żeby wyłącznie rżnąć ze starszych kolegów?
Choć Odious, Vile, Nasty and Wicked mnie na początku zawiodło, choć potrzebowałem trochę czasu na przyzwyczajenie się i osłuchanie, choć nie do końca tego się po Hellectricity spodziewałem, to jednak muszę przyznać sam przed sobą, że jestem usatysfakcjonowany.
Ocena: 7/10
- Formis – „Bestiarius” (2025) - 10 lutego 2026
- Corruption – „Tequila Songs & Desert Winds” (2025) - 15 listopada 2025
- Leash Eye – „Destination:125” (2025) - 15 maja 2025






