Łatwo mnie złapać na old schoolowy szwedzki death metal jak naiwnego emeryta na metodę „na wnuczka”. Wiele albumów momentalnie jest w stanie mną zawładnąć, bo kocham ten charczący sound i wulgarną prostotę. Dlatego zawsze się cieszę, gdy wpadają mi nowe kąski z tego nurtu. Helslave to załoga pochodząca z Włoch, parająca się metalem od 2009 roku. Oprócz dwóch Epek do kwietnia tego roku miała na koncie tylko jeden album. Zmieniło się to wraz z From the Sulphur Depths, którego premiera miała miejsce pod flagą Pulverised Records.
Pierwszym, zachęcającym aspektem, który działa na korzyść zespołu jest fakt zlecenia wyprodukowania brzmienia From the Sulphur Depths nikomu innemu jak legendzie szwedzkiego metalu Danowi Swano (ex Edge of Sanity, ex Bloodbath, Nightingale, ex Pan.Thy.Monium) z Unisound Studios. Jak się można spodziewać, sound jest wyraźny, utrzymany w najlepszych tradycjach, aczkolwiek na moje ucho nieco zbyt skompresowany, przez co instrumenty takie jak werbel czy talerze perkusyjne uzyskały aż za mocny atak. Czasami tak się dzieje, gdy próbuje się wycisnąć większą moc ze ścieżek, a najnormalniej w świecie jej tam brakuje. Gdyby odpuścić, płyta brzmiałaby naturalnie, a tak potrafi zmęczyć (nie jest taka długa, bo nie sięga czterdziestu minut). Nie są to jakoś przesadnie duże mankamenty, ale dla gościa takiego jak ja, który na równi traktuje ogólną jakość realizacji płyty z jej zawartością muzyczną – może to być uciążliwe. Nie zmienia to jednak faktu, że płyta się broni. Klasyczny szwedzki death wykonywany przez Helslave czerpie z klasyki, jednocześnie proponując odpowiednią ilość własnych pomysłów, dzięki czemu nie mam uczucia obcowania z czymś odtwórczym, o co łatwo przy kierowaniu swych ambicji w stronę klasyków. Jest to muzyka dla fanów Dismember, Grave, Hypocrisy, Bloodbath czy Fleshcrawl. Uderzenie i brutalność temperowane jest pojawiającymi się tu i ówdzie grobowymi melodiami, a nad całością góruje niski growl Diego Laino. Odpowiada mi także, że muzycy nie boją się zapędzić w prędkość blastów, jak wiadomo we wczesnych latach 90. szwedzkie hordy nie były zainteresowane tego typu rozwiązaniami i często ówczesne kapele także tego unikają. W wykonaniu Helslave brzmi to dobrze, pojawia się w odpowiednich miejscach i dolewa oliwy do ognia. Generalnie mam wrażenie, że największa moc zespołu gnieździ się w potężnych riffach i motoryce całości. Na krążku nie uświadczymy zbędnego kombinowania. Energii również dodają punkujące momenty, które można znaleźć na przykład w Perpetual Damnation. Dobrze się to przenika z siekanymi riffami, a ilość urozmaiceń jest na tyle rozbudowana, na ile pozwala na to granica gatunkowa.
Nie będę też ukrywał, że album ten nie stanie się kamieniem milowym gatunku. Jest solidnym hołdem, dobrze skomponowanym i zagranym. Ma szansę pozyskać wielu maniaków, ale nie wybija się poza standardy, więc jeżeli jesteście głodni mocnego szwedzkiego deathu, to bierzcie płytę w ciemno, ale nie spodziewajcie się przedefiniowania stali na nowo.
Ocena:6.5/10
- Guerra Total – „Of Death’s Apotheosis… Cthulhu’s Call and the Terror of the Cosmic Unknown” (2025) - 19 kwietnia 2026
- At the Gates – „The Ghost of a Future Dead” (2026) - 10 kwietnia 2026
- Huge – „Not a Handful of Stones but the Sound of My Soul” (2025) - 9 kwietnia 2026

