Hypno5e „Shores of the Abstract Line” (2016)

Nowa płyta Hypno5e ma w redakcji swoich fanów. Tak więc wydawnictwo to zostało zrecenzowane podwójnie.

 

Najpierw swoimi odczuciami podzieli się Ola Białkowska.

Hypno5e to francuski zespół metalowy z elementami muzyki progresywnej i eksperymentalnej. Pierwszy kontakt z ich muzyką miałam dzięki ich poprzedniej płycie Acid Mist Tomorrow,  która od razu przypadła mi do gustu. Kiedy więc usłyszałam, że Pelagic Records ogłosili, że niedługo zespół wydaje kolejny album, byłam ciekawa, co z tego wyjdzie.

Jednak gdy wytwórnia wrzuciła na swój kanał Youtube utwór In Our Deaf Lands – mój zapał trochę się zmniejszył. Mimo tego, ze kawałek nie spodobał mi się, to i tak stwierdziłam, że chętnie dam szansę albumowi. No, ale wyszło na to, że chyba lepiej było zostać przy mojej niechęci do pierwszego singla.

W założeniu Shores Of The Abstract Line jest płytą koncepcyjną, podzieloną na 5 części – tytułowe nabrzeża – wschodnie, zachodnie, centralne, północne i południowe. Ten zabieg sprawdza się jednak jedynie w nazewnictwie. Owszem, wszystkie utwory przechodzą dość płynnie z jednego w drugi, ale żadna część w warstwie muzycznej nie różni się zbytnio od siebie.

Hypno5e na tym albumie próbują grać emocjami. Całość jest wypchana a to smutkiem, a to bezradnością, a to gniewem, a to swoistym niepokojem. Niejednokrotnie słyszę w brzmieniu echa poprzedniego wydawnictwa zespołu. I jak tak słucham tej płyty jednym uchem, to mogę nawet powiedzieć, że nie jest zła. Bo brzmienie samo w sobie jest nienaganne, podobają mi się pewne smaczki, które można usłyszeć, jak delikatne klawisze w zwrotce Blind Men’s Eye. Jednakże, gdy tylko próbuję się bardziej skupić się na muzyce, to płyta mnie niesamowicie męczy i nuży.

Główny problem pojawiający się tutaj jest taki, że Hypno5e sobie kompletnie nie poradzili z dłuższymi kompozycjami. Wszystkie trzy dłuższe utwory (są nimi East Shore – In Our Deaf Lands, West Shore – Where We Lost the Ones i South Shore – Blind Men’s Eye) są wręcz przepakowane różnymi motywami. Chłopaki mieli miliony pomysłów, jednak odnoszę wrażenie, że te wszystkie idee chcieli upchnąć na raz nie przejmując się przejściami i tym, czy to do siebie pasuje. Mamy tam co prawda do czynienia z momentami, które mi się naprawdę podobają. Jest ładna gitara akustyczna na początku In Our Deaf Lands albo pianino, czy niektóre mocniejsze zagrania, cholernie agresywne i sprawiające, że chce się machnąć raz czy dwa głową. To wszystko jednak gdzieś umyka w tym muzycznym chaosie, jaki nam zafundowano.

Nie lepiej jest też w pozostałych, krótszych utworach. Nie ma co prawda takiej ilości poszatkowanych motywów, ale wciąż są problemy z przejściami między nimi. A i one, mimo że potrafią być od siebie różne, zlewają się ze sobą i łatwo się o nich zapomina.

 Shores Of The Abstract Line potrafiła mnie niesamowicie znużyć. Nie ukrywam, że w trakcie odsłuchu niejednokrotnie patrzyłam na zegarek, ile to już czasu minęło i ile jeszcze będę musiała się namęczyć. Pisałam już o tym wcześniej – słyszałam na tej płycie echa poprzedniego albumu. I to też jest trochę problem. Wiem, że wiele zespołów lubi zostawać w swojej stylistyce (niedaleko szukając patrzcie na Slayera), ale jednak lubię, gdy można poczuć pewien powiew świeżości na nowszych wydawnictwach. A tego mi tutaj zabrakło (pamiętajmy, że mamy do czynienia z zespołem progresywnym i eksperymentalnym). Cały czas miałam wrażenie, że już gdzieś to wszystko słyszałam, że Hypno5e już to kiedyś wcześniej grali. I widzę w tym albumie coś, co chyba mimo wszystko nie powinno mieć miejsca – widzę dużo pomysłów na utwory, ale wszystkie te pomysły są odtwórcze.

A czyż to właśnie odtwórczość nie jest jedną z gorszych rzeczy, jaka może się przytrafić artyście?

Ocena: 2/10


Bardzo odmiennie wypowiedział się Artur Urbanek.

Rzadko zdarza mi się pisanie recenzji po jednym przesłuchaniu. To trochę ryzykowny zabieg, ale w niektórych przypadkach kolejne odsłuchy są po prostu zbędne. Tu jest podobnie. Wyobraźcie Sobie technikę Gorguts i Atheist, powera Gojira, zakręcenie Pan-Thy-Monium, trochę Meshuggah, specyficzność Cynic, wściekłość Anorexia Nervosa i melancholie rodem z Wildhoney zespołu Tiamat. Trudno, prawda? Jednak Francuzom z Hypno5e to się udało, przy czym te przejścia są cholernie płynne, niewymuszone i naturalne. Ale do rzeczy.

Jest to trzeci album ekipy z Montpellier. Słuchając go, wcale się nie dziwie, że od wydania w 2012 Acid Mist Tommorow musiały minąć aż 4 lata. Ta płyta powala, kompozycje są tak złożone i perfekcyjnie dopracowane, że stwierdzenie cinematic metal, jakim posługuje się francuska horda, naprawdę ma sens. Hypno5e strasznie skutecznie lawirują między brutalnymi, prog – deathowymi pięknymi partiami (bez blastów), a spokojnymi, opartymi o gitarę bez przesteru – przerywnikami. Wychodzi im to fenomenalnie, jakby wyobraźnia toczyła walkę ze wspomnieniami, a tak naprawdę, byłaby to świetna ścieżka dźwiękowa do dowolnego, pojechanego horroru.
Shores … jest albumem koncepcyjnym podzielonym na 5 części. Nie różnią się one zbytnio od siebie……jednak, jest to coś! W pierwszej części, przerywniki, spokojne partie a’la Tiamat mają inwokacje lub sample po francusku, w kolejnych po hiszpańsku, potem po angielsku. Nie słyszałem jeszcze płyty nagranej w 3 językach. Dzielący płytę Central Shore – Tio jest wspaniałym, spokojnym numerem wyłącznie po hiszpańsku.
Hypno5e to strasznie dziwny, w pozytywnym tego słowa znaczeniu band o niesamowitych możliwościach. Czasami mam wrazenie, ze przebijaja Gojira pod wzgledem kompozycji i powera. Po chwili rozwala mnie melancholia i swietnie recytowane teksty w towarzystwie klasycznej gitary lub delikatnych klawiszy.
Ta płyta nie pozwala się oderwać, ponad 60 minut wspanialej, na wskroś przemyślanej muzy. Pozwala słuchaczowi na chwilę odetchnąć, po czym riff i wściekły wokal Emmanuela Jessua wyrywają z fotela. Tak, umiejętności ta ekipa ma powalające. Zmiany tempa, zmiany rytmu, przejścia z partii deathowych do spokojnych, melodyjnych są mistrzowskie. Rozumiem, dlaczego sami nie chcą się szufladkować. Nie ma sensu. To jest progresywny DM w polaczeniu z roznego rodzaju eksperymentami, wykonany perfekcyjnie. Co chwila pojawia sie cos nowego. Brzmieniowo – miazga. Wszystko bardzo selektywne, podane z opowiednim powerem i pieknym brzmieniem.
Do tej pory pomijałem okładkę. Rzadko spotykam się z tak wiernym odzwierciedleniem klimatu płyty. Szczególnie ta linia i czysta biel na dole oddają pięknie charakter płyty. Wściekłość i spokój, melancholie, smutek, radość, wspomnienia, rzeczywistość i wyobraźnię.
Od dawna uważam, ze francuska scena jest bardzo specyficzna i nastrojowa. Ta płyta tylko utrzymuje mnie w tym przekonaniu. Myślałem, że bezapelacyjnie płyta roku będzie dla mnie Rituals greckiego Rotting Christ. Hypno5e trochę utrudnia mi sprawę, a to dopiero początek 2016 roku.

Ocena: 9,5/10

Piotr
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , .