Site icon KVLT

Infernarium – „Kadotuksen Harmonia” (2018)

Po raz wtóry wpada mi w łapska płyta załogi debiutującej pełnym albumem. Za sprawą Helter Skelter Productions objawia się właśnie black metalowa ekipa z fińskiego Turku. A czarna muzyka z krainy tysiąca jezior jest zwykle bezkompromisowa i jeńców nie bierze. Przynajmniej w większości. W tym przypadku moja ciekawość urosła ponad normę, bo z jednej strony nazwa zespołu mówi sama za siebie, a z drugiej, w tytule płyty słowo „harmonia”.

Płytę otwierają dźwięki organów i chóralny, kościelny śpiew. Ale to tylko parosekundowy wstęp do wściekłego ataku w postaci Heikkoutensa orja – szybkiego, groźnego, w stu procentach black metalowego. Fińska horda jednak nie pędzi jak zając z rozwolnieniem, czasem zwolni do zwykłej galopady, a czasem do marszowego rytmu, by wyeksponować jakiś patent albo przewijające się klawiszowe tło. Mniej rozpędzone fragmenty wychodzą chłopakom lepiej, bo jakoś więcej w tym zarówno diabła, jak i zwykłej złości. Rozbujany początek Amen Armageddon mówi sam za siebie – transowy bas, parę riffów, które już słyszeliśmy, klimat rodem z epoki lodowcowej i nieśmiertelne „ugh!”. Dzień dobry, jesteśmy w Szwajcarii, przypomnimy Wam, jak grał wczesny Celtic Frost. Nawiązań do legendarnego zespołu jest całe mnóstwo, ale na szczęście bez totalnej zrzyny. To raczej dość mocna inspiracja, z pełną świadomością tego, co Finowie chcą grać. Momentami nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że Infernarium zwyczajnie leci w kulki ze słuchaczami, bo gdy niebezpiecznie zbliżają się do granicy wyczerpania szwajcarskich zagrywek, momentalnie przechodzą w melodie, które kiedyś przygrywał Fenriz (świetne, bardzo norweskie Huorien ja rottien seurakunta). W długim, ośmiominutowym Liekkien ruhtinas łączy się wszystko, co przewijało się do tej pory przez album. Jest tu wspomniana Szwajcaria, a i cały przekrój skandynawskiego grania. Wokalista również pozwala sobie na chwile czystego szaleństwa, serwując przeraźliwie głęboki growl na tle klimatycznych, zimowych gitar. W Luvattu profeetta usłyszymy jeszcze organowe wstawki, wlepione na siłę i bez pomysłu. Nie za bardzo rozumiem ten zabieg, bo zarówno klawisz, jak i mszalne chorały nijak się mają do lodowatej, posępnej atmosfery płyty. Albumowi raczej daleko do religijnych odchyleń Mikko Aspy, i jeszcze dalej do ekstatycznych uniesień Funeral Mist. Nijak nie chce się to łączyć ze starym, dobrym vibe’m pierwszej fali black metalu, której u Finów sporo. Mszalnych fragmentów jest za mało, by próbować pożenić bezlitosną, gitarową chłostę z modlitwami do Lucyfera, no ale kto wie, może to nieśmiały zalążek tego, co kiedyś nadejdzie, bo jakiś potencjał w tym jest.

Ale nie wybiegajmy w przyszłość i cieszmy się tym, co mamy. A mamy czysty chemicznie black metal, chłód, zimę i pierwszą falę z lekką domieszką tego, czym Skandynawia stoi. Całkiem ciekawy początek, choć nie do końca zdefiniowany. Ale może to i dobrze, bo ziarno zostało zasiane i bardzo jestem ciekaw, co z niego wyrośnie.

Ocena: 7/10

 

 

Latest posts by Rafał Chmura (see all)
Exit mobile version