Site icon KVLT

INSOMNIUM – „Netherworlds” (2026)

To jest ten Insomnium, który potrafi jednym riffem otworzyć w człowieku przestrzeń większą niż jakikolwiek koncept. Na Netherworlds słychać coś, czego brakowało na poprzednim albumie. Intuicyjną lekkość melodii, które nie próbują niczego udowadniać.

Tam, gdzie Anno 1696 bywał bardziej literacki, Netherworlds jest emocjonalny w sposób bezpośredni. Riffy są bardziej dzikie, melodie bardziej przejmujące, a całość ma w sobie ten fiński fatalizm. To album, który nie opowiada historii, tylko tworzy krajobraz, w którym słuchacz może się zgubić, ale nie zginąć.

Wyprodukowany przez Miiro Varjusa oraz zmiksowany i zmasterowany przez Jensa Bogrena (At The Gates, Arch Enemy, Kreator, The Halo Effect, Dark Tranquillity), album ukazuje Insomnium w odsłonie najbardziej dynamicznej, niemal filmowej. To również pierwsze wydawnictwo z udziałem Tomy’ego Laisto, którego obecność wyraźnie poszerza brzmieniowy horyzont zespołu, wprowadzając wyczuwalny zastrzyk energii, dodatkową głębię harmoniczną i subtelne napięcia, które wzmacniają dramatyzm ich muzyki.

Netherworlds pulsuje tą charakterystyczną, świetlistą melancholią, którą Amorphis od lat obrabiają niczym złotnicy pracujący nad runiczną biżuterią. Melodie nieprzynależne żadnemu gatunkowi, zawieszone pomiędzy progresywną narracją a deathowym ciężarem, jak mgła unosząca się nad fińskim jeziorem.

W The Hour Grows Late pojawienie się Tomi Joutsena, Tomi Koivusaariego i Santeriego Kallio nie jest zwykłym gościnnym akcentem. Ich obecność działa jak wprowadzenie do kompozycji tej amorphisowej luminescencji. Jasności, która  podkreśla mrok Insomnium. ,. Joutsen dodaje utworowi głębi przypominającej echo pradawnych mitów, Koivusaari wnosi surowość, jakby jego gitarowe frazy były wyciosane z tej samej skały, co Elegy, a Kallio domyka całość klawiszową mgiełką, która działa niczym ostatni refleks światła na powierzchni wody. I tu pojawia się pytanie retoryczne – czy Insomnium naprawdę potrzebowali tych trzech, by domknąć klimat, czy raczej by pokazać, skąd ten klimat od lat czerpią?

W efekcie The Hour Grows Late staje się punktem styku dwóch estetyk. Nocnej, chłodnej melancholii Insomnium i świetlistej, mitologicznej narracji Amorphis.

Nie poprzestając na sprawdzonych formułach ani utartych schematach, Insomnium konsekwentnie zagęszcza swoje brzmieniowe uniwersum, sięgając po nowe barwy, faktury i emocjonalne warstwy, które rozszerzają ich język o kolejne odcienie. Każda taka wyprawa w nieznane nie jest jednak próbą odcięcia się od przeszłości, lecz świadomym pogłębianiem własnego DNA.

Choć nowa płyta Insomnium robi świetne pierwsze wrażenie, jest potężna, klarowna, dopracowana w każdym detalu, to właśnie ta bezbłędność zaczyna działać przeciwko niej. Zespół, który przez lata budował swoją tożsamość na melancholijnej złożoności, na kompozycjach rozwijających się jak mgła nad wodą, tym razem wybiera drogę bardziej bezpośrednią. Riffy są gładkie, melodie natychmiast chwytliwe, a struktury utworów prowadzą słuchacza za rękę, zamiast pozwalać mu błądzić w charakterystycznych dla Insomnium półcieniach.

To album, który brzmi jak dzieło muzyków w pełni świadomych swojego warsztatu, ale jednocześnie jakby zbyt pewnych tego, że wystarczy im profesjonalizm, by osiągnąć efekt. Produkcja jest monumentalna, niemal kinowa, lecz przez to odbiera muzyce część chropowatości, która wcześniej była nośnikiem emocji. Zamiast wielowarstwowej narracji dostajemy kompozycje bardziej linearne, bardziej przewidywalne, bardziej „przebojowe”. I choć przebojowość nie jest wadą samą w sobie, w przypadku Insomnium staje się formą uproszczenia. Wygładza to, co wcześniej było ich największą siłą – subtelne napięcia, rozgałęzione melodie, melancholijny ciężar, który nie wynikał z głośności, lecz z konstrukcji.

W efekcie powstaje album, który jest dobry, momentami nawet imponujący, ale nie tak wymagający, jak można było oczekiwać od zespołu tej klasy. I tu pojawia się najważniejsze pytanie: czy zespół, który osiągnął mistrzostwo w budowaniu melancholijnej głębi, powinien iść w stronę przebojowości? A jeśli tak, to czy ta przebojowość nie jest w ich przypadku wyborem zbyt bezpiecznym? To album, który łatwo polubić, ale trudniej pokochać, bo w tej gładkości ginie część charakterystycznej dla Insomnium głębi. I choć nie można odmówić mu jakości, pozostaje wrażenie, że grupa, która potrafiła tworzyć muzykę naprawdę wielowymiarową, tym razem wybrała drogę zbyt prostą. A to sprawia, że mimo dobrego wrażenia, album nie spełnia oczekiwań, bo Insomnium stać na więcej.

Latest posts by Adam Pilachowski (see all)
Exit mobile version