Piękna jest ta historia miłosna Iron Maiden i albumów koncertowych. Anglicy mają takich wydawnictw na swoim koncie już ponad dziesięć, i żadne z nich nie zeszło poniżej przynajmniej przyzwoitego poziomu. Nowa propozycja zespołu dokumentuje ubiegłoroczną trasę Legacy of the Beast, pierwszą, w której miałem przyjemność uczestniczyć. W Krakowie zespół był w znakomitej formie i zaprezentował się fenomenalnie, dlatego też liczyłem dokładnie na to samo z moich głośników. A co dostałem?
W gruncie rzeczy jest bardzo dobrze, choć decyzja o przeniesieniu na fizyczny nośnik wycinków jedynie koncertów z Mexico City, które znajdowały się właściwie na szarym końcu trasy, delikatnie odbija się zespołowi czkawką. Na papierze wszystko jest w jak najlepszym porządku: setlista taka sama jak na całej trasie (a zatem pełna wielkich hitów zespołu, choć przy ich katalogu to nie problem), oraz prawie cały zespół w genialnej dyspozycji. Jedynym, ale za to całkiem poważnym wyjątkiem jest tutaj niestety Bruce Dickinson, który po długiej i wyczerpującej trasie momentami po prostu nie wyrabia. Choć frontman Żelaznej Dziewicy przez większość czasu prezentuje się poprawnie, to często słychać, że jego głos jest już zmęczony napiętym grafikiem koncertowym. Tracą na tym głównie starsze numery, często wymagające od niego więcej niż kawałki z A Matter of Life and Death czy Brave New World (bo świeższych utworów tutaj nie znajdziemy). W Aces High, The Trooper, Flight of Icarus czy The Evil That Men Do Dickinson wypada po prostu słabo, nie dość że nie wyciągając górnych partii, to często jeszcze nie nadążając za szybkim tempem wypluwania kolejnych słów.
Czego jednak Bruce nie dośpiewa, to Panowie Murray, Smith, Gers, Harris i McBrain dograją – dzięki dobremu miksowi (choć publika jest zbytnio wyciszona) oraz przede wszystkim swoim umiejętnościom zespół muzycznie brzmi jak żyleta. No i przede wszystkim – wielkie utwory nadal są wielkie i gorszy dzień wokalisty tego nie zmieni. Mimo okazjonalnych grymasów Nights of the Dead, Legacy of the Beast: Live in Mexico słucha się z niekłamaną przyjemnością, radośnie dając się porwać zarówno największym hitom zespołu, jak i tym rzadziej granym typu The Clansman czy Sign of the Cross. Kilka linijek poświęcę też samemu wydaniu – jak można się spodziewać, ta kwestia stoi na wysokim poziomie i jest gratką dla wszystkich fanów, jednak największą dla tych, którzy w trasie Legacy of the Beast po prostu uczestniczyli. Liczne zdjęcia z koncertów pozwalają przypomnieć sobie zniewalającą oprawę tych koncertów, a sporo ciekawostek z procesu opracowywania występów jeszcze bardziej pozwala na zobrazowanie, jak wielkie i trudne do zrealizowania było to przedsięwzięcie. Do tego oczywiście mnóstwo utrzymanych w klimacie grafik z Eddiem w roli głównej, zestaw czterech naklejek powiązanych z ładną okładką całości oraz miniplakacik z rozpiską przyszłorocznej edycji trasy.
Nights of the Dead, Legacy of the Beast: Live in Mexico City to kolejna dobra koncertówka Iron Maiden, choć za sprawą nienajlepszej formy Dickinsona jest ona jednocześnie najsłabszą z tych, które miałem przyjemność słyszeć. Wydaje mi się, że ta trasa zasłużyła na lepsze udokumentowanie. Bardzo szkoda, że zespół nie zaprezentował wersji z DVD, gdyż oglądając show towarzyszące poszczególnym numerom można by te kwestie wokalne lekką ręką wybaczyć. A tak to cóż, wprawdzie zabawa przy nowym wydawnictwie Maidenów jest dobra, jednak poprzednie live albumy zespołu wypadały po prostu lepiej.
Niemniej starsze albumy legendy dzisiaj w domu z głośników popłyną.
A na Legacy of the Beast Tour ’21 zjawię się na pewno.
Ocena: 7/10
Iron Maiden na Faceboooku
- Königreichssaal – „Loewen II” (2025) - 26 stycznia 2026
- Asteriæ – „Miejsce, które nazywam sobą” (2025) - 22 stycznia 2026
- SaintSombre – „Earth/Dust” (2024) - 12 stycznia 2026
Tagi: 2020, Heavy Metal, Iron Maiden, Legacy of the Beast Live in Mexico, live album, Nights Of The Dead, Parlophone Records, recenzja, review, Warner Music Polska.






