Pink Floyd – „Delicate Sound of Thunder” (1988/2020)

Gdy zapytacie fanów Pink Floyd o najsłabszy krążek w dyskografii Brytyjczyków, dominujące odpowiedzi będą najprawdopodobniej dwie – wydany na odczepnego nikomu (oprócz zapewne wytwórni) niepotrzebny The Endless River (2014) oraz A Momentary Lapse of Reason (1987). Ten starszy album był pierwszym z trzech, które grupa wydała po rozstaniu z Richardem Wrightem, a jego promocji towarzyszyła ogromna trasa promująca z niesamowitą pompą i rozmachem. Nic dziwnego, że to właśnie tę trasę koncertową postanowiono uwiecznić na pierwszym pełnym koncertowym albumie zespołu. Reedycja wypuszczonego w 1988 roku Delicate Sound of Thunder doczekała się w końcu samodzielnego dwupłytowego wydania (wcześniej była częścią boxu The Later Years).

Ci, którzy znają oryginał, mogą zainteresować się jego wznowieniem za sprawą ośmiu utworów, które nie weszły w jego skład. Trudno jednak powiedzieć, aby te brakujące części były dla całości szczególnie ważne – w zasadzie jedynie Welcome to the Machine i nieźle wykonane One Slip stanowią wartość dodaną. Pozostała szóstka (Signs of Life, obie części okropnego A New Machine, nudne Terminal Frost oraz duet z Dark Side of The Moon On the Run i The Great Gig In the Sky) za wiele w zasadzie nie wnosi i doskonale rozumiem, dlaczego na oryginale nie znalazły one miejsca. No ale dla wielkich fanów zespołu będzie to wystarczająco dobry powód, aby nową wersję tego live albumu sobie odświeżyć – nie wspominając o lepszym mixie.

Trasa promująca A Momentary Lapse of Reason musiała zawierać utwory z tego krążka – no i zawierała. Wszystkie, co do jednego – prawie cała reprezentacja albumu została zamieszczona na krążku numer jeden. Na szczęście na żywo większość z nich wypadła lepiej niż ich studyjne odpowiedniki, najbardziej zyskały Learning to Fly, Yet Another Movie oraz świetnie brzmiący Sorrow, dobrze wypadło też On the Turning Away oraz znajdujące się na drugim krążku One Slip. Resztę można pominąć milczeniem. Wciąż są nudne i nasączone kiczem, którym trzynasty krążek Floydów wręcz ociekał i nadal potrafią wprawić słuchacza w niemałą konsternację. Do pierwszego z dwóch krążków składających się na Delicate Sound of Thunder wracałbym rzadko, gdyby nie otwierające go Shine On You Crazy Diamond Pt I-V, które wykonane jest fenomenalnie i stanowi cudowne otwarcie tej blisko dwu-i-półgodzinnej przygody.

Druga płyta to w zasadzie zbieranina mniejszych i większych starszych przebojów zespołu – z wyjątkiem wspomnianego One Slip. Większość z nich wykonana jest dobrze, na specjalne uznanie zasługują świetne, energiczne One of These Days, zawsze przepiękne Wish You Were Here i Comfortable Numb za cudowną solówkę Davida Gilmoura (fragmenty śpiewane wspólnie przez niego oraz Richarda Wrighta trochę psuły odbiór tego legendarnego numeru). Przyczepić można się w zasadzie tylko do Another Brick In the Wall part 2 (coś tu ewidentnie nie zagrało, przez co ten świetny utwór wypadł zaledwie przeciętnie) oraz do troszkę zbytnio przeciągniętego Money. Momentami przeciętnie wypada też zmęczony trasą głos Gilmoura (koncerty w Nowym Jorku znajdowały się na końcu trasy), jednak ani przez chwilę nie ociera się on o asłuchalność.

Pierwszy krążek niezły, lecz siłą rzeczy nie bez mielizn, drugi krążek świetny, bo trudno aby przy takim materiale mogło być inaczej. Nowe wydanie Delicate Sound of Thunder to po prostu dobry album koncertowy, stawiający A Momentary Lapse of Reason w nieco lepszym świetle. Nie jest to jednak nic, co dla zwyczajnego fana zespołu będzie absolutnym must-havem. Gdybyście mieli wybrać tylko jedną z koncertówek Pink Floyd, to lepszym wyborem będzie Pulse. Jeśli zaś lubicie oglądać koncerty na większym ekranie, to polecam edycję deluxe z DVD oraz Blu-Rayem. Z tego co widziałem, to oprawa trasy po tylu latach nadal potrafi zrobić wrażenie.

Ocena: 7.5/10

Pink Floyd na Facebooku

 

Łukasz W.
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , .