Przejdź do treści

JASMENO – „Assemblage of Cinematic Idioms” (2026)

0

Nie miałem dotąd przyjemności obcować z muzyką Jasmeno, a szkoda. Dopiero teraz, gdy usłyszałem ich najnowszą propozycję, Assemblage of Cinematic Idioms, poczułem, że coś zaczyna drżeć tuż pod powierzchnią, jakby w powietrzu pojawił się ledwie uchwytny sygnał, subtelny impuls zwiastujący zmianę. Jesteśmy o krok przed premierą albumu, który ma tchnąć w metal i rock zupełnie nową jakość, i już sam ten moment oczekiwania działa jak otwarcie drzwi do przestrzeni, w której dźwięk nie tyle wybrzmiewa, co unosi się, oplata i prowadzi.

Muzyka Jasmeno na Assemblage of Cinematic Idioms zdaje się wyrastać z półmroku, z tej delikatnej strefy między jawą a snem, gdzie emocje nie są jeszcze nazwane, a jednak pulsują wyraźnie, domagając się uwagi. To brzmienie, które nie krzyczy, lecz przyciąga. Nie epatuje ciężarem, lecz buduje go z materii bardziej ulotnej, niemal organicznej. I właśnie dlatego chce się tego słuchać, bo w tej zapowiedzi jest obietnica czegoś, co nie tylko poszerza gatunek, ale też otwiera słuchacza na doświadczenie bardziej intymne, wrażliwe i nieoczywiste.

Album, oprócz podstawowego składu, w którym kompozytorskie stery niezmiennie trzyma Sławek Nietupski, rozrasta się w prawdziwy konglomerat osobowości dzięki imponującej liczbie zaproszonych gości. To nie są przypadkowe osoby, lecz świadomie dobrane filary ekstremalnej sceny, których obecność nadaje płycie wymiaru międzynarodowego, wielopokoleniowego dialogu. Vicotnic (Dodheimsgard, Ved Buens Ende) wnosi swój charakterystyczny, neurotyczny pierwiastek awangardy, Snorre Ruch (Thorns) dokłada chłód i geometryczną precyzję, która od lat definiuje jego twórczość, Marc Grewe (Insidious Disease, ex‑Morgoth) przypomina o korzeniach europejskiego death metalu, a Bart Krysiuk (Patriarkh) doprawia całość słowiańskim, rytualnym zacięciem. A to zaledwie ułamek pełnej obsady. Lista gości jest na tyle rozbudowana i różnorodna, że staje się osobnym elementem tożsamości albumu. Warto po nią sięgnąć bezpośrednio do materiału, bo odsłania pełnię ambicji i szerokość horyzontów tego wydawnictwa.

A muzyka? Skrzywdziłbym muzyków stojących za Assemblage of Cinematic Idioms, gdybym nazwał ich po prostu cinematic metal. To określenie jest zbyt ciasne, zbyt jednowymiarowe, zbyt mało oddaje fakt, że ich twórczość jest raczej zderzeniem epok, estetyk i języków muzycznych, niż próbą wpisania się w jakikolwiek gatunek. Słychać tu progresywny rock lat 70. i 80. – nie jako cytat, lecz jako sposób myślenia o narracji, o budowaniu utworu jak opowieści. Obok tego pojawiają się syntetyczne pejzaże Depeche Mode i Tangerine Dream, które nadają całości chłodny, filmowy puls, jakby muzyka była ścieżką dźwiękową do nieistniejącego cyberpunkowego dramatu.

Metalowe fundamenty są równie nieoczywiste. Zamiast prostego nawiązania do na przykład Arcturus, mamy tu metal jako teatr idei, jako forma literacka, jako konstrukcja, którą można rozmontować i złożyć na nowo. A gdy wchodzą wpływy Ulver z okresu Themes from William Blake’s The Marriage of Heaven and Hell czy Arcturus z czasu La Masquerade Infernale, robi się już zupełnie klarowne, że Assemblage of Cinematic Idioms nie gra muzyki „gatunkowej”. Oni grają muzykę wyobraźni. Taką, która nie boi się dysonansu, narracyjnego chaosu, ani estetycznych przeskoków.

To nie jest cinematic metal. To jest muzyczna kinematografia, w której każdy utwór jest jak seans. Nieprzewidywalny, wielowarstwowy, czasem piękny, czasem niepokojący, zawsze świadomie skonstruowany.

Nie chciałbym przesadzać, ale gdy słucham wokali Briana Gawaskiego, które płyną przez cały album niczym delikatna, unosząca się nad aranżacjami mgła, na myśl natychmiast przychodzi mi Kristoffer Rygg. Jest w tym podobna eteryczność, ta narracyjna, ulverowa aura, w której głos nie dominuje, lecz stapia się z muzyką, tworząc hipnotyczny, niemal oniryczny klimat. To skojarzenie nie tylko wydaje się trafne. Ono podkreśla, jak niesamowicie brzmi cały album, gdy wokal staje się jednym z instrumentów, a nie klasycznym prowadzącym.

Nad całością czuwa duch Władysława Hasiora. Artysty niepokornego, który z fragmentów codzienności potrafił budować poruszające, wielowarstwowe kolaże. Jego obecność jest tu wyczuwalna jak cień. Subtelna, lecz nieustępliwa. To właśnie Hasior uczył, że materia ma pamięć, a każdy znaleziony przedmiot może być nośnikiem emocji, wspomnienia albo niepokoju. W tej realizacji jego duch powraca w formie surowej, niemal rytualnej, jakby z głębi konstrukcji dobiegał szept o tym, że rzeczywistość można rozcinać, składać na nowo i nadawać jej znaczenia, których nie widać na pierwszy rzut oka.

Assemblage of Cinematic Idioms wynurza się jak osobliwe, pulsujące zjawisko. Mam wrażenie, że to dzieło domknięte, choć utkane z rozsypanych cząstek, które splatają się w jedną, hipnotyczną całość. To muzyczna konstrukcja o naturze żywiołu. Wielowarstwowa, lecz podporządkowana jednej, nieustępliwej intencji, powstała bez udziału algorytmów, jakby wbrew współczesnej gładkości i automatyzmom. Jej energia przypomina obiekty Hasiora i nie szuka wdzięku, lecz uderza intensywnością, chropowatym pięknem, które trzeba oswoić dotykiem i pamięcią. A powracające pragnienie zetknięcia się z uniwersum Jasmeno działa tu jak cichy, nieodłączny prąd. Wzywa, przyciąga, otwiera szczelinę, przez którą dźwięk przechodzi w doświadczenie, a doświadczenie w coś na kształt wewnętrznego pejzażu.

OCENA: 10/10
Adam Pilachowski
Latest posts by Adam Pilachowski (see all)
(Visited 1 times, 1 visits today)