Debiutancka płyta Kerry’ego Kinga to niewątpliwie wielkie wydarzenie. Praktycznie od momentu rozpadu Slayer w 2019 roku pojawiały się regularnie jakieś informacje, domniemania i plotki o tym projekcie. Media cytowały każde zdanie Kinga, portale społecznościowe to podłapywały i nakręcała się cała spirala promocji podnosząca oczekiwania fanów. Długie pięć lat zajęło, byśmy w końcu mogli posłuchać 17 maja albumu From Hell I Rise, za wydanie którego odpowiada nowo powstała wytwórnia Reigning Phoenix Music.
Największe emocje odnośnie zespołu wywoływały ewentualne nazwiska, jakie miały go zasilić. Od początku było dosyć pewne, że na beczkach zagra Paul Bostaph. Obok Kinga, drugim gitarzystą został Phil Dammel (Category 7, ex Vio-lence, ex Machine Head), a basistą znany z Hellyeah Kyle Sanders. Ogłoszenie wakatu wokalisty nie było jasne praktycznie do samego końca, dużo było mowy o Philu Anselmo (Pantera, Down, Superjoint Ritual, Eibon, Scour), ale ostatecznie za mikrofonem stanął mniej rozchwytywany muzyk, ale utrzymujący dobrą kondycję i poziom Mark Osegueda z Death Angel. Ten wybór bardzo mnie ucieszył, Death Angel zawsze uważałem za niedoceniony band i w końcu ktoś zwrócił uwagę na jednego z jego muzyków, poza tym nie ma co się okłamywać – Anselmo jest wszędzie, a na dodatek jego głos nie ma za wiele wspólnego z tym z czasów świetności Pantery.
Wszyscy mieliśmy okazję wyrobić sobie wstępne zdanie za sprawą dwóch singli do utworów Idle Hands i – jednego z lepszych moich zdaniem z płyty – Residue. Komentarze na ich temat wszędzie były bardzo różne, ale w wielu powtarzało się zdanie, że album będzie bezpośrednią kontynuacją Slayer. Trudno się z tym w jakimś stopniu nie zgodzić, ale jak już ma się okazję poznać całość, widać, że Kerry poprowadził projekt wielotorowo. From Hell I Rise mógłbym podzielić na trzy warstwy. Część partii ściśle nawiązuje do płyty Repentless, idzie jej ścieżką muzyczną i ją rozwija. Kolejna warstwa wnosi coś nowego do stylu – jest ich niewiele, ale są i w związku z rozpoczęciem nowej drogi Kinga aż się proszą o znacznie silniejszy udział w muzyce. Trzecią grupą wpływów są fragmenty przynoszące na myśl przeszłość Slayer, bo słychać tu dużo God hates Us All, czy nawet South of Heaven – „slayerowe” riffy jak się już pojawiają, to raczej w wolnych, masywnych partiach, co automatycznie pcha skojarzenia do utworu tytułowego tej jakże udanej płyty. Wszystko to włożone jest do gara z napisem „ja tu robię wszystko” – jestem pewien, że poza solówkami Dammela nie pojawiła się tu żadna nuta, która wyszła od innej osoby niż lidera. Zabieg ten odbieram dwojako, wiadomo – to jego band, ale dopuszczenie chociaż kilku innych patentów mogłoby album urozmaicić i ożywić. Slayer na ostatnich albumach też cierpiał na podobne bolączki, poza kilkoma petardami albumy odbierało się bez większych emocji – moim zdaniem działo się tak właśnie przez to, że muzykę robiła jedna osoba, która choćby nie wiem jak utalentowana, nie ma szans pchnąć dostatecznie wiele warstw do muzyki, by stworzyć dzieło, jakie powstałoby z rąk i umysłów całego zespołu. W tym miejscu pochylić muszę się też nad wokalami Oseguedy, który zrobił wszystko, by zbliżyć się do krzyków Arayi. Wokale na pewno (jak w przypadku Slayer) rozpisał Kerry, co zaowocowało kalką tych z ostatnich płyt bogów thrashu. Inna osoba za mikrofonem, ale efekt zdecydowanie podobny. Słucha się tego dobrze, Mark zrobił zajebistą robotę, wbijając bardzo rasowe, dobite partie, ale można by się zastanawiać, dlaczego nie miał prawa dodać choć trochę cząstki siebie i czy nie byłoby to lepsze dla całości.
Jak widać, nie miałem prostej przeprawy z tym albumem. Z jednej strony zostałem zabity świetnie brzmiącymi bębnami Bostapha, którego zawsze będę uwielbiał za to, co zrobił na Divine Intervention (czyli moim ulubionym albumie Slayer), z drugiej album okazał się oczywisty i pozbawiony drugiego dna. Na wyróżnienie zasługują ciężki Residue, agresywny i złowieszczy Crucifixation, slayerowy do bólu Shrapnel, ale czy zostałem wbity w glebę przez całość, to nie mogę powiedzieć. From Hell I Rise ma ciężkie zadanie, bo gdyby został wydany z logo Slayer to byłby chwalony, wyprzedany na pniu za to logo, a ludzie by się bili w klaty, że Slayer jest da best i ch..! Niestety ta sama muzyka ubrana tylko w nazwisko Kinga przez tych samych ludzi zostać może odrzucona właśnie za to, że jest zbyt przewidywalna i podobna do jego starego zespołu. Wszystko skończyłoby się dobrze, gdyby album okazał się absolutną petardą, ale w moim uznaniu taki nie jest. Jest dobry, dopracowany, świetnie brzmiący, lecz nie porywający czy genialny. I tu już każdy będzie musiał ocenić samodzielnie, czy start solowej kariery Kerry’ego Kinga na takim levelu mu siedzi, czy oczekiwał więcej. Jeżeli o mnie chodzi, to uważam, że czas pokaże, jak się ta muzyka zapisze w annałach metalowej historii i czy sam będę do niej wracał, bo obecnie nie jestem w stanie tego ocenić. Nie wiem również, jaką notę postawić na końcu tego tekstu, umówmy się, że każdy z Was zrobi to według uznania, nie kierując się zdaniem innych.
- Sepulchral – „Beneath the Shroud” (2025) - 22 kwietnia 2026
- Guerra Total – „Of Death’s Apotheosis… Cthulhu’s Call and the Terror of the Cosmic Unknown” (2025) - 19 kwietnia 2026
- At the Gates – „The Ghost of a Future Dead” (2026) - 10 kwietnia 2026

