Site icon KVLT

Koios – „Triangulate the Triangle” (2016)

Dzień dobry! Kvlt.pl wita was w ten piątkowy poranek z letniej redakcji, chwilowo mieszczącej się na poddaszu starej sopockiej kamienicy, jakieś 8 minut od plaży, na której można poznać wszystkich mieszkańców Białołęki i lepiej sytuowanych pracowników Mordoru na Domaniewskiej. BMW i Audi w kolorach lubianych przez metalowców prześcigają się podczas stania w sopockich korkach na puszczaniu tak lubianych przez Polaków podniosłych dźwięków disco-polo, które jakże doskonale pasują do tejże pięknej letniej sielanki. Ach, życie. Gdyby nie to disco-polo napierdalające pod oknem letniej redakcji Kvlt.pl, to nawet byśmy się pewnie nie zorientowali, że nastał nam jaśnie już panujący Sezon Ogórkowy!
No i co zrobisz, biedny metaluchu. Sezon Ogórkowy, czyli chujnia z grzybnią, są festiwale, ale przecież nie w Polsce, a nawet jak już jest coś w Polsce (hello, Dark Fest, my old friend), to na pewno nie na północy kraju (tak, wiem, Jarocin, aha). W miarę bezbolesne wejście w coroczną erę potu i śmierdzących tramwajów umiliło kilka płyt, które ukazały się jakoś tak stosunkowo niedawno. I kiedy już myślałem, że z amatorami disco-polo w samochodach w leasingu trzeba będzie walczyć produktami z logotypami największych metalowych wytwórni, bo dosłownie przed momentem odebrałem swoje egzemplarze nowych Gojiry i Kvelertak, kiedym już mniemał, że polski nieżal metalowy skończył kolejną klasę w liceum, kolejny rok na studiach i pojechał z rodzicami w góry (albo do Sopotu…) lub po prostu wziął urlop i pojechał zarabiać pieniądze do Niemiec, ewentualnie zaczął malować swoje mieszkanie, na moim biureczku wylądowała płytka Koios. Triangulate the Triangle – tak się ona zwie.
Koios grają solidny metal. Nie takie gówno, z którego robi się stelaże do łóżek z Ikei. Taki metal pełną gębą, prosto z huty, ale jeszcze trochę płynny, bo swobodny i niesforny. I grają go aż tak, że w ciągu sześciu kawałków nie biorą oddechu nawet przez chwilę, przez niemal pół godziny trzymając słuchacza w napięciu poprzez stałą intensywność swojej muzyki.
Domyślacie się już pewnie, że Triangulate the Triangle mi się podoba. Szczerze mówiąc, to dawno nie słyszałem tak sprawnego nagrania, które powstało w polskim niezalu, a które łączy w sobie swobodnie różne metalowe stylistyki, unikając jednocześnie jakiejś jednoznacznej przynależności do którejś z nich. Podstawą mikstury oferowanej przez Koios zdaje się być melodyjny metal rodem ze Szwecji, ale wszystko to jest doprawione thrashem (ciężar i motoryka każą mi tu wspomnieć skojarzenia z Testament), bardzo mocarnym groovem (chłopaki lubią zaakcentować rytm tak wyraźnie, że nawet głusi będą tupać nóżkami) i tym całym nowoczesnym metalem rodem z USA a’la Chimaira, Shadows Fall i takie tam. Dużo tu wysokich temp, Koios praktycznie nie zwalnia, dużo podwójnych stóp (bo to tygryski lubią najbardziej), dużo dobrych i naprawdę dobrych riffów, dużo basowego dżyn-dżyn. Sześć kawałków zostało dodatkowo okraszonych swobodnym wokalem, który nic sobie nie robi z manier – jak chce, to growluje, jak chce, to krzyczy, jak chce, to i melodyjkę z siebie wyciśnie. Dzięki temu słuchacz ma wrażenie, że obcuje z zespołem, który nie chce nikogo udawać albo stawać się czyjąś podróbką.
W tym wszystkim tak naprawdę najbardziej podoba mi się to, że słychać tu zespół, a nie pięciu typów, którzy potrafią robić swoją robotę, ale mają w dupie całą resztę grupy. Może z tego korporacyjnego anturażu panowie wynieśli dla siebie wyświechtane idee teamworku i postanowili je odkurzyć i nadać im sens? Pewnie nadinterpretuję, ale faktycznie słyszę na Triangulate the Triangle robotę zespołową. I za to szacun.
Jeśli miałbym się do czegoś na koniec przyczepić żeby nie było, że taki jestem milusiński, to do dość jednostajnej intensywności. Wysokie tempa, pełen wkurw przez cały czas, wszystkie wskazówki na maksa w prawo. To niby dobrze (a w realiach koncertowych jeszcze lepiej), ale po którymś przesłuchaniu zorientowałem się, że przez to wszystkie kawałki zlały mi się w jedną ścianę dźwięku. Może czasem warto wpuścić trochę powietrza choćby po to, żeby wybuchnąć na nowo zaznaczając inny fragment? To byłby taki trochę trening interwałowy dla mózgu – opadająca i wzrastająca dynamika jest wbrew pozorom tym, co przykuwa uwagę.
No ale już, bez czepialstwa. Dobra robota. Polecam Triangulate the Triangle jako towarzystwo do letniej pracy w boksiku w open space w nowoczesnym biurowcu. Świetnie zagłuszy szum klimatyzatorów i szloch waszych podeptanych ambicji.

8/10

Exit mobile version