Po progresywne granie sięgam bardzo rzadko. Z reguły wyłapywałem tylko te krajowe, z pochlebnymi recenzjami i robiłem to raczej z czystej ciekawości, aniżeli z poczucia muzycznego głodu. Odsłuchiwałem raz, czasem drugi i szybko zapominałem. Tak zasadniczo wyglądała moja przygoda z tym gatunkiem. Aż do teraz…
Kilka dni temu, w moje łapy wpadł najnowszy album brazylijskiego Labirinto. Krążek pod wymownym tytułem Gehenna jest drugim pełnoprawnym długograjem w bardzo bogatym dorobku zespołu, który niejednokrotnie deptał po tych samych scenicznych deskach co Alcest, Year Of No Light czy The Ocean. Album wydany został 10 lutego 2017 roku przez Pelagic Records i zawiera aż dziesięć kompozycji, a sami muzycy twierdzą, że Gehenna jest ich najcięższym dotychczas wydanym materiałem.
Już sama okładka idealnie obrazuje nam tytuł płyty. Jeżeli ktokolwiek, kiedykolwiek miał problem ze zmaterializowaniem sobie definicji słowa “gehenna”, grafika ilustruje nam ją perfekcyjnie i nie wiem, jak dosadniej można by ją opisać. Ponury, apokaliptyczny nastrój, który bije z oprawy, wiele słuchaczowi podpowiada, pozwólmy zatem, by muzyka rozbrzmiała i dopełniła obraz dźwiękiem.
Szumy syntezatorów, które już na wstępie sączą się z głośników, fantastycznie wypełniają przestrzenie w soczystych, gitarowych riffach, które to przybierają momentami bardzo posępny, doomowy wręcz wydźwięk. Buduje to ciekawą atmosferę i z przyjemnością się tego słucha. Czuć, że Labirynto od pierwszych sekund karmią nas takimi nutami, przy których człowiek zwyczajnie musi się zatracić, zamyślić. Ta muzyka to porcja dusznego i bardzo mrocznego klimatu, i gdyby nie fakt, że trzyma słuchacza mocno niczym drapieżnik ogłuszoną ofiarę, chciałoby się wiać jak najdalej. W tym przypadku, działa to jednak na plus i widać, że twórcy wiedzą, czym jest precyzja i wyczucie podczas komponowania takich utworów. Gehenna zawiera dwa utwory, do których zespół zaprosił gości. Pierwszym jest świetny Locrus, w którym swoich gitarowych kilka groszy dodał Mathieu Vandekerckhove znany z formacji Amenra. Ponadto, za smyczki, które usłyszeć można w tym kawałku odpowiadają skrzypek Heitora Fujinami i wiolonczelistka Vitora Visoná, którzy to z Labirinto nagrywali debiutancki album Anatema wydany w 2010 roku. Całość płyty ma bardzo filmowy charakter i nie chcę rozpisywać się na pojedyncze piosenki, bo koniecznie trzeba jej słuchać w całości. Tylko wtedy dostrzeżemy bogate przejścia pomiędzy utworami, które zawierają multum ciekawych efektów i rozwiązań. Shoegazowe gitary zapewniają rozbudowaną, mocną i stabilną ścianę dźwięku, a szczątki melodii i dużo gęstej, muzycznej mgły, gwarantują przeszywające ciarki na plecach.
Labirinto świetnie się spisali. Choć nie odkryli tą płytą niczego nowego, udało im się stworzyć album, który powinien porywać nawet gatunkowych laików. Ja sam, pomimo, że niejedno w życiu już słyszałem, do Gehenny będę wracał tak często, jak tylko mnie najdzie ochota na długą, życiową kontemplację czy chociażby bezmyślne wpatrywanie się w mój czarny – jak atmosfera tej płyty – sufit.
Kilka dni temu, w moje łapy wpadł najnowszy album brazylijskiego Labirinto. Krążek pod wymownym tytułem Gehenna jest drugim pełnoprawnym długograjem w bardzo bogatym dorobku zespołu, który niejednokrotnie deptał po tych samych scenicznych deskach co Alcest, Year Of No Light czy The Ocean. Album wydany został 10 lutego 2017 roku przez Pelagic Records i zawiera aż dziesięć kompozycji, a sami muzycy twierdzą, że Gehenna jest ich najcięższym dotychczas wydanym materiałem.
Już sama okładka idealnie obrazuje nam tytuł płyty. Jeżeli ktokolwiek, kiedykolwiek miał problem ze zmaterializowaniem sobie definicji słowa “gehenna”, grafika ilustruje nam ją perfekcyjnie i nie wiem, jak dosadniej można by ją opisać. Ponury, apokaliptyczny nastrój, który bije z oprawy, wiele słuchaczowi podpowiada, pozwólmy zatem, by muzyka rozbrzmiała i dopełniła obraz dźwiękiem.
Szumy syntezatorów, które już na wstępie sączą się z głośników, fantastycznie wypełniają przestrzenie w soczystych, gitarowych riffach, które to przybierają momentami bardzo posępny, doomowy wręcz wydźwięk. Buduje to ciekawą atmosferę i z przyjemnością się tego słucha. Czuć, że Labirynto od pierwszych sekund karmią nas takimi nutami, przy których człowiek zwyczajnie musi się zatracić, zamyślić. Ta muzyka to porcja dusznego i bardzo mrocznego klimatu, i gdyby nie fakt, że trzyma słuchacza mocno niczym drapieżnik ogłuszoną ofiarę, chciałoby się wiać jak najdalej. W tym przypadku, działa to jednak na plus i widać, że twórcy wiedzą, czym jest precyzja i wyczucie podczas komponowania takich utworów. Gehenna zawiera dwa utwory, do których zespół zaprosił gości. Pierwszym jest świetny Locrus, w którym swoich gitarowych kilka groszy dodał Mathieu Vandekerckhove znany z formacji Amenra. Ponadto, za smyczki, które usłyszeć można w tym kawałku odpowiadają skrzypek Heitora Fujinami i wiolonczelistka Vitora Visoná, którzy to z Labirinto nagrywali debiutancki album Anatema wydany w 2010 roku. Całość płyty ma bardzo filmowy charakter i nie chcę rozpisywać się na pojedyncze piosenki, bo koniecznie trzeba jej słuchać w całości. Tylko wtedy dostrzeżemy bogate przejścia pomiędzy utworami, które zawierają multum ciekawych efektów i rozwiązań. Shoegazowe gitary zapewniają rozbudowaną, mocną i stabilną ścianę dźwięku, a szczątki melodii i dużo gęstej, muzycznej mgły, gwarantują przeszywające ciarki na plecach.
Labirinto świetnie się spisali. Choć nie odkryli tą płytą niczego nowego, udało im się stworzyć album, który powinien porywać nawet gatunkowych laików. Ja sam, pomimo, że niejedno w życiu już słyszałem, do Gehenny będę wracał tak często, jak tylko mnie najdzie ochota na długą, życiową kontemplację czy chociażby bezmyślne wpatrywanie się w mój czarny – jak atmosfera tej płyty – sufit.
Ocena: 8/10
Latest posts by Adam Abramowicz (see all)
- Kirszenbaum – „Golem XV” (2018) - 15 marca 2019
- SickNest „Chaos Defined” (2019) - 12 marca 2019
- Vane – „Black Vengeance” (2018) - 18 grudnia 2018
(Visited 1 times, 1 visits today)
Tagi: 2017, Gehenna, Labirinto, metal, Music, post-metal, recenzja, review.






