Site icon KVLT

Les Chants Du Hasard – “Livre Troisième” (2021)

Pamiętacie włoski neoklasycystyczny włoski projekt Ataraxia z lat dziewięćdziesiątych? Ja miałem ich płytę Il Fantasma dell’opera i jej odsłuch był dla mnie absolutnym szokiem. A pamiętacie może francuski Elend, również z lat dziewięćdziesiątych? Les Tenebres du Dehors ze swoją kakofoniczną budową przemieszaną z klimatami para-operowymi to był dopiero cios. Musiałem się mocno spinać w sobie, żeby odsłuchać ten krążek do końca. Ale i Ataraxia, i Elend były swego czasu na absolutnym topie mojego kasetowego wtedy zestawienia.

Jeśli znacie powyższe pozycje to Les Chants Du Hasard jest wprost ich fuzją. Dla tej grupy słuchaczy nie ma lepszego zobrazowania muzyki zawartej na Livre Troisième. Reszcie postaram się jakoś wyjaśnić to, co do wyjaśnienia i wyobrażenia jest jednak dość trudne.

Album został wydany przez wytwórnię Voidhanger Records i trwa niewiele ponad czterdzieści minut. Całe zawarte na nim bogactwo zostało wymyślone i stworzone przez jednego człowieka Hazarda, co jest warte szczególnego zamarkowania. Jak zdacie sobie sprawę ile różnych instrumentów, głosów i dźwięków zawiera ten album, to otworzycie ze zdumienia usta. Już sama okładka (autorstwa Jeffa Grimala z The Great Old Ones) wskazuje, że to będzie bardziej niż nietuzinkowe dzieło. Muzyka oparta na tekstach dziewiętnastowiecznego francuskiego pisarza, hrabiego de Lautreamonta, i dziewiętnastowiecznej muzyce operowej, gdzie damski i dziecięcy głos operowy miesza się po równo z black metalowym mocnym męskim growlem to dysonans, obok którego trudno przejść obojętnie. Instrumentarium oparte wyłącznie na klasycznej orkiestrze symfonicznej  przyzwyczajonego do elektrycznej gitary i perkusyjnych blastów słuchacza szokuje tym bardziej. Pozornie nieskładna linia melodyczna budzi tym większy niepokój, a mroczny wydźwięk dzieła przedstawia mimo swojej niecodzienności esencję black metalu.

Sześć utworów, na które składa się album przelatują więc jak mgnienie oka i są ulotne jak krzyk konającego. Debiut Hazarda z jednej strony kopiuje klimaty i metody ekspresji ze wspomnianej wyżej klasyki, wynosi ją jednak na nowy poziom szaleństwa, który przywodzi mi zaś na myśl Arcturusa z najlepszych czasów. Może i muzyka Hazarda daleka jest od sławnego dzieła Carla Orffa (choć Chant I – Le Moine przypomina mi momentami sławetny początek Carminy Burany), ale temu krążkowi taka koligacja nie jest już do niczego potrzebna. Taką perełkę trzeba absolutnie posiadać w swoich zbiorach, gdyż tego typu obłędne szaleństwo zdarza się w muzyce ze cztery razy na wiek.

Radzę zwrócić szczególną uwagę na tego muzyka i jego dzieło. Ten album to absolutny szok. A do tego nie wiadomo, czym znów nas zaskoczy!

Les Chants Du Hasard na Facebooku
Les Chants Du Hasard na Bandcamp

Ocena: 8,5/10

Exit mobile version