Arvsynd to czwarty, duży album szwedzkiej grupy M:40. Album pierwotnie wydany został na winylu w 2019 roku, a rok później doczekał się wersji kompaktowej, wypuszczonej nakładem Halvfabrikat Records i ta wersja wpadła w moje głodne brutalnej muzy łapska. Album został wydany w robiącym wrażenie digibook’u, który wydrukowano na matowym papierze i wzbogacono o wiele stron ubranych w ciekawe, niepokojące fotki.
Szczerze mówiąc, nie miałem do tej pory kontaktu z tym projektem, a nawet nazwą, co uważam za wielką stratę, którą z pokorą mam zamiar nadrobić. Arvsynd okazał się strzałem, który wbił się we mnie niczym naostrzony grot, bez problemu i głęboko. M:40 porusza się w klimatach, jakie osobiście bardzo lubię, a które ostatnio były nieco za mocno na rynku eksploatowane, co zaowocowało pewnym spadkiem ich jakości. M:40 jednak jest przedstawicielem gatunku godnym, z krwi i kości, nierozłącznie związanym ze sceną. Mowa tu o crust/d-beat, który w Szwecji ma dobre tradycje za sprawą legendarnego Disfear czy Wolfbrigade. Maksymalnie gniewny, agresywny i przybrudzony styl M:40 kopie zad każdym ciosem, a kilka lżejszych partii wcale nie osładza tematu, a tylko uwypukla uderzenie tych bezpośrednich.
Album jest nieco dłuższy niż większość płyt w tym gatunku muzyki, trwa prawie czterdzieści minut, a każdy fan d-beatu wie, że najlepsze albumy, to 30 minut łupanki i do widzenia. Lekko się wystraszyłem tej długości, ale wraz z poznawaniem materiału okazało się, że band wie, co robi, urozmaicając kompozycje na tyle, by nie sprawić uczucia przesytu. Jako przykładu użyję zamykającego, najdłuższego utworu, Ondska, który wprowadza w płytę sporo klimatu. Wokalista drze się tu bez zmian wniebogłosy, ale wraz z nieco odpuszczoną agresją w całości robi to niebanalne wrażenie, wywołując nawet ciary. W końcówce kompozycji uderza stylizowany na black metal riff, dzięki któremu atmosfera zostaje podbita na wyżyny, a cisza po nim następująca zmusza do ponownego wciśnięcia przycisku play.
Tak, taki jest ostatni album M:40. Zespół zrobił na mnie potężne wrażenie i dołączył on w moim rankingu do czołówki gatunku, obok wspomnianego Disfear i Tragedy (w porównaniu do tego drugiego jest może nawet lepszy, przynajmniej na tym albumie). Zostałem okopany po nerach konkretnie i z masochistycznym zboczeniem mam zamiar skazywać się na kolejne kopania regularnie.
Ocena: 9.5/10
- At the Gates – „The Ghost of a Future Dead” (2026) - 10 kwietnia 2026
- Huge – „Not a Handful of Stones but the Sound of My Soul” (2025) - 9 kwietnia 2026
- Immolation – „Descent” (2026) - 29 marca 2026

