Po raz kolejny odbiegam tematem od szajsu, który Wam zazwyczaj serwuję. I po raz kolejny tykamy się ambientu. Jeśli pamiętacie, nie jestem jakimś akrobatą tych rejonów, aczkolwiek potrafię docenić. Tym razem będę doceniał płytę niejakiego Maćka Szymczuka, artystę płodnego i aktywnego w polskich rejonach ambientowych. Cóż, pajechali.
Music for Cassandra to płyta czarująca. Te czterdzieści minut, jakie nam zapewnia, wypełnione jest dziwacznym spokojem i specyficznym klimatem. Nagranie, co można łatwo stwierdzić (chyba, że jesteś na poziomie rozwojowym ameby. W co wątpię. Umiesz przecież czytać.) dotyczy mitologicznej Kasandry, królewny trojańskiej, która miała nieprzyjemność przewidywać przyszłość. I na domiar złego nikt jej nie wierzył, co się przyczyniło do upadku Troi podczas całej tamtej awantury o Helenę. Wracając do płyty, tematyka jest raczej ponura, nazwy kawałków też nie za wesołe. Spodziewać się więc można mrocznej atmosfery. I faktycznie, jest całkiem mrocznie, choć jednocześnie, jak wspomniałem, spokojnie. Do tego bardzo przestrzennie. Nie powiem, podoba mi się takie zestawienie. Działa relaksująco i kojąco. Jeśli już miałbym porównać to do wizualiów, to myślę, że dobrym motywem są góry nocą. Dźwięki tu są dość chłodne, do tego melodyczne i lekkie. Do tego płyta jest naprawdę ładnie wyprodukowana. Nuty pochodzą z komputera, co nie przeszkadza i nikomu nie powinno. Słuchanie jej jest po prostu przyjemne. Łatwo też przy niej zasnąć, mimo, że nie jest nudna ani wtórna. Powtórzę się, ale co tam: uspokaja. Kolejne utwory płynnie się zmieniają, nie wytrącając słuchacza z rytmu i utrzymując w rozmarzonym stanie ciała i ducha. Porwałbym się nawet na twierdzenie, że potrafią dostarczyć doświadczeń z pogranicza stonera, choć na pewno nie aż tak poćpanych. To jej magia, potrafi zaczarować słuchacza i wprowadzić w stan swobodnych przemyśleń. Jak dla mnie to właśnie dobry ambient. Mimo, że nie ma tu nic niesamowitego, a kolejne utwory są dość przewidywalne i łatwe do rozgryzienia, to mi się podoba. Świetna rzecz, by puścić sobie po ciemku, zapalić fajkę i snuć kolejne przemyślenia. Albo, żeby się zdrzemnąć.
Zdaję sobie sprawę, że recenzja wyszła mało konkretna, ale nie jestem pewny, co jeszcze miałbym tu napisać. Nie ma sensu opisywać poszczególnych utworów, gdyż pojedynczo nie są istotne. Płyta jest warta słuchania w całości, rozdrabnianie jej jest głupotą. Przyjemna pozycja i jeżeli nie posiadasz jeszcze żadnych płyt w takim klimacie, warto się zainteresować kupnem. Jeżeli posiadasz to albo: a) jesteś psychofanem ambientu, nie rozumiem Cię i powinieneś kupić, albo b) możesz sobie odpuścić, bo w sumie nic nowego tu nie ma. Ot, ambient jaki znamy i lubimy.
Ocena: 7,5/10
- Ayyur – „The Lunatic Creature” (2018) - 13 lipca 2019
- Psychopathic – „Phases” (2018) - 6 lipca 2019
- Himura – „Exterminio” (2016) - 30 czerwca 2019

