Marduk – Memento Mori (2023)

Mortuus jest na współczesnej scenie black metalu prawdziwym czempionem, a jego autorskie poczynania (czy to w Funeral Mist, czy w Marduk, do którego dołączenie było w długiej perspektywie najlepszym transferem, jaki dokonał się w ponad 30-letniej historii tej zasłużonej, szwedzkiej załogi) są w przeważającej części znakomite. Wniosek ten znajduje kolejne potwierdzenie w postaci Memento Mori, nowej, piętnastej (!) płyty studyjnej zespołu Morgana Håkanssona, która może i nie detronizuje mojej ulubionej Rom 5:12, ale na pewno z przytupem dołącza do grupy najbardziej udanych albumów Marduk, nagranych po 2004 roku.

Po, nie bójmy się użyć tego stwierdzenia, mocno średniej Viktorii, zasiadający ponownie za sterami kompozycyjnymi Mortuus (wspomagany przy pisaniu dwóch utworów przez byłego basistę Joela Lindholma), przywraca okręt pod banderą Marduk na tory black metalu pierwszej jakości. I choć pozornie ma się wrażenie, że to co Szwedzi prezentują na Memento Mori zostało już wcześniej w ten, czy inny sposób przez nich zagrane (riffy, struktury utworów, wokale, w końcu same wątki tematyczne mogą powodować momentami muzyczne déjà vu), nowa płyta niesie ze sobą gigantyczne pokłady witalności, dzikiej energii, nieokiełznanej agresji i diabelnie chwytliwej żywiołowości.

Ciężko na nowym albumie wyróżnić pojedyncze hity, bo cios spada tu na głowę słuchacza raz za razem. Zarówno w części furiackiej i zmasowanej zasłony ogniowej (znakomite Memento Mori, Heart of The Funeral, Charlatan, Coffin Carol, Marching Bones), jak i prowadzonej w średnich tempach, pozwalającej nabrać morowego powietrza procesji żałobnej (Shovel Beats Sceptre oraz kończącej płytę As We Are) Marduk snuje piękną opowieść o śmierci, odbierającej ludzkości ostatnie pokłady nadziei.

Każdy kolejny odsłuch, poza coraz mocniejszym wciąganiem słuchacza, pozwala też wyłowić detale (przykładem niech będzie melodia średniowiecznego chorału na zakończenie pierwszego utworu, dźwiękowa scena zakopywanej trumny w Blood of the Funeral, pulsujące intro w Shovel Beats Sceptre, czy gościnne wokale nieodżałowanego L.G. Petrova, nabierające przecież w kontekście As We Are wydźwięku szczególnego). Może i są to rzeczy drobne, jednak niewątpliwie urozmaicające i wzbogacające poszczególne kompozycje.

Ukłony dla Mortuusa należą się nie tylko za skomponowanie nowego materiału. Szwed po raz kolejny dowodzi też, że jest wokalistą kompletnym i rzeczy, które potrafi robić ze swoim głosem, stawiają go w ścisłej światowej czołówce tej profesji. Wokale nie są zresztą wyłącznie głosowym komponentem muzyki, Rostén tworzy nimi pełnoprawny teatr, growlując, zawodząc, szepcząc, krzycząc, recytując frazy czy w końcu operując monosylabami. To truizm, ale trudno wyobrazić sobie, by bez jego udziału materiał ten nie stracił znacznej części swojej wartości.

Podobnie jest z tekstami. Może do poziomu liryków ostatniego Funeral Mist nieco brakuje, jednak i na Memento Mori da się bez trudu wyłowić kapitalne frazy, które mimo swojej prostoty, zachwycają celnością i na długo pozostają w pamięci (faworytami są tu dla mnie teksty Blood of the Funeral, Shovel Beats Sceptre, Coffin Carol i As We Are, nucone fragmentami jeszcze długo po odsłuchu).

Nowy krążek dowodzi, że do powiedzenia ostatniego słowa (choć po lekturze powyższej recenzji nietrudno wyczuć, że płyta ma dla mnie zasadniczo jednego bohatera) jeszcze Mardukowi daleko. Nie powiem, że nie byłem tą kwestią po wydaniu Viktorii mocno zaniepokojony, jednak nowy album spokojnie dosięga (muzycznie, kompozycyjnie i tekstowo) poziomem choćby wydanej w 2015 roku Frontschwein. Mocny kandydat na black metalowy top tego roku.

Ocena: 9/10


Synu
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , .