Site icon KVLT

Mariusz Duda – „Interior Drawings” (2021)

Trzecia, i jak już wiadomo nie ostatnia część pandemicznych muzycznych minimalizmów Mariusza Dudy, Interior Drawings, ukazała się jeszcze w ubiegłym roku na początku grudnia, i jest ze mną ciągle od tych kilku miesięcy. Koncept zapoczątkowany wydanym w czerwcu 2020 albumem Lockdown Spaces i kontynuacją w kwietniu 2021 Claustrophobic Universe, opiera się na jasnych technicznych założeniach – to w dużym uproszczeniu elektronika, sample i delikatne wokale. Każda część ma swoją historię, każda jest nieco inna pod względem klimatu i każdą wzbogacają inne zabiegi, tak zwane dodatkowe. Skoro podstawy mamy, to o co tym razem chodzi? A o kolejny rodzaj poczucia zamknięcia, tym razem w twórczości, na własne życzenie.

Zacznę z wierzchu. Warto zwrócić uwagę już na samą oprawę graficzną całego przedsięwzięcia, przechodzącą od minimalistycznej czerni po kolory. I tak, doszukując się powiązań, pierwszy album w czarnych barwach to surowa, mocno okrojona elektronika, dźwięki jak z retro gier komputerowych. Drugi można skategoryzować jako zdecydowanie bardziej przystępny, pojawia się kolor, jest mniej hermetycznie, mimo zarysu klaustrofobicznego tła. Trzeci zaś, w ciepłych kolorach na okładce, jest najbardziej nośny pod kątem melodii. Jeśli założeniem pandemicznego cyklu było zobrazowanie w formie muzycznej trudnych emocji podczas funkcjonowania człowieka w czasach pandemii, to trzecia odsłona nieco wykracza poza ten schemat – tu lockdown, zamknięcie się we własnym świecie jest dobrowolne, a może w pewnym sensie nawet zbawienne dla twórcy – czy tytuł utworu Prisoner by Request może być bardziej sugestywny? Tytuły i kolejność utworów zresztą, również ułożone są koncept, konkretnie w plan i niejako przebieg procesu twórczego, wraz z pomysłem, zwątpieniem (odgłos darcia kartek) i ulgą i/lub pogodzeniem się z efektem finalnym na koniec (Temporary Happiness). Wszyscy to znamy, nie zawsze nazywamy.

Muzycznie dzieje się pozornie niewiele, a jednocześnie bywa bogato. Jest rytmicznie, momentami transowo, bywa oszczędnie, ale już nie tak mocno ascetycznie. Pojawiają się smaczki, akcenty, niuanse, na przykład w postaci zniekształceń melodii (Dream of Calm), odgłosu rysowania, ołówka i kartki w akcji (Interior Drawings), w końcu każdy proces twórczy zaczyna się właśnie od pustej, czystej strony w notatniku. Gdzieś zabrzmi fortepian pożyczony od Ólafura Arnaldsa, innym razem słychać plumkania w stylu Tangerine Dream. Są to jednak trochę naciągnięte skojarzenia, bowiem wciąż poruszamy się tu po minimalistycznym wykorzystaniu motywów przewodnich utworów.

Podsumowując całość, posłużę się osobistą refleksją. Nie lubię wydawać osądów czy ocen bez całościowego wglądu w dany album, nie potrafię ani nie chcę oddzielać muzyki od tekstu, ani twórcy od jego dzieła. Nie podobają mi się półśrodki, półprodukty czy połowicznie zrealizowane pomysły. W przypadku Mariusza Dudy nie mam żadnych obaw o przypadkowość czy niedopracowanie. Wszystko zawsze się ze sobą łączy i styka mniej lub bardziej z artystą i jego wizją wykreowanego kawałka świata. Gdyby na chwilę zapomnieć, kim w świecie muzyki jest ów artysta i jakie ścieżki sobie wydeptywał, po konfrontacji z pandemiczną (nie)trylogią na koniec werdykt będzie dość klarowny i prosty: to jest dobra, przemyślana, wymuskana rzecz. Tylko tyle i aż tyle. Dla mnie najlepsza część w tej palecie pomysłów Mariusza Dudy.

Ocena: 8/10

 

Latest posts by Joanna Pietrzak (see all)
Exit mobile version