Wiecie za co uwielbiam tę fuchę? Ano że dostaję do recenzji takie albumy. Często mało znane lub totalnie enigmatyczne. Idealna odskocznia od tych samych, oklepanych nazw. Ale też pozycje, które po prostu bym przegapił w ogromnej ilości ukazujących się wydawnictw…
Może to banalne, często zresztą to wspominam, ale sama opraw graficzna pozytywnie mnie nastawiła. Pozorne bogactwo formy, wzmocnione enigmatycznością całości… Wkładka również w tym tonie. Zero składu, czy też zdjęć kapeli. Nic odkrywczego, ale od razu czuć pewną chęć zbudowania klimatu. Wkładka z tekstami to totalna enigma: kuźwa, jak mam ja odczytać? Co do konceptu lirycznego, to poszukałem trochę w necie, ten 1557 rok obfitował w moc wydarzeń, ale za cholerę konceptu 1557 Rites of Nullification nie potrafię historycznie umiejscowić… Pal to sześć (nawet 666…), bo kto sobie zaprząta głowę lirykami… Zainteresowanych odsyłam do poszukania wyjaśnienia konceptu. Ja sobie odpuściłem.
Jedziemy z meritum. A jest ono ukierunkowane jednoznacznie.
Aczkolwiek powiedzieć, że Mephorash gra black metal, to tak jakby można łatwo i adekwatnie, orzec, że piwo jest smaczne, a kobiety atrakcyjne… Niby tak, ale znajdziemy mnóstwo wyjątków jak i potwierdzeń tej tezy.
Sam album to 4 długie suity wzajemnie połączone, płynnie się przenikające, tożsame sobie klimatem. Zatem rozbijanie, poszczególna analiza tego albumu przez pryzmat poszczególnych kompozycji to chybiony pomysł. Ten album to płyta pt. odpalam i zapominam o wszystkim. Od pierwszych taktów wciąga, nie pozostawia obojętnym. Zresztą wystarczy przesłuchać parę minut poniżej umieszczonego utworu, by być pewien, iż nie ma tu przypadkowego dźwięku.
Mephorash wcześniej nie znałem. Specjalnie nie patrzyłem na ich bio, by nie ulec pewnej sugestii. Tylko sprawdziłem, że to trzeci album. Nie znam nic z wcześniejszych, ale trzeba będzie to koniecznie nadrobić!
Jednego jestem pewien, 1557 Rites of Nullification to album, który polecić mogę szerokiemu spektrum zwolenników black metalu. Muzyce Mephorash nieobce są zarówno szybsze, jak i wolniejsze tempa. Abstrahując od tego, są to rewelacyjne kompozycje, długie, powoli budujące nastrój. Ciężko wskazać też inspiracje muzyczne… Może mocno zdynamizowany Rotting Christ, czy Death Karma? Po chwili i tak pojawią się inne skojarzenie, które uprzednie skutecznie zaciera.
Mephorash gra swoją muzę. Wszelkie elementy muzy twórców 1557 Rites of Nullification; czy to blasty, czy po prostu monumentalne klawisze mają naczelny cel: tworzyć koncepcyjną całość. Pozornie znany konglomerat cech przynależny wielu albumom, który w przypadku Mephorash świetnie funkcjonuje. Do tego nostalgicznie kojarzące mi się brzmienie gitar… Kierunek geograficzny: Norwegia… Acz nie do końca. Czy wspominałem, że w każdym utworze gościnnie udziela się inny wokalista? To tak, by dopełnić bogactwa całości tego albumu.
Cholera, nie spodziewałem, że Odium Records taką perełkę wyłapie! Kapela śmiało mogąca być w labelu stanowczo większym… Kolejny przykład, że siłą tego gatunku nie są oklepane nazwy, ale kolejni pretendenci. Zatem jeżeli możecie, to szepnijcie znajomym: Mephorash. Zasługują na to chłopaki, walnęli w minionym już 2015 roku jednym z ciekawszych albumów.
A ja wracam do „lektury” 1557 Rites of Nullification… Znów mnie Naczelny pogoni, że terminy zawalam, ale jak potem włączyć coś nowego, gdy takie perełki się trafią? Jestem uzależniony. Wy też będziecie.
Ocena: 9/10
- Agathocles & Psychoneurosis – „War Fetisjists Kill / Grind Resurrection” (2018) - 18 czerwca 2018
- Bottom – „Epidemo” (2018) - 18 czerwca 2018
- Indignity – „Realm of Dissociation” (2017) - 8 marca 2018
Tagi: 1557 – Rites of Nullification, black metal, Death Karma, odium records, Rotting Chrtist.






