„Czarna” Metallica sięgnęła trzydziestki! I jak, nadal czujecie się jak młodzi bogowie? Daje do myślenia, że pamiętacie wszędobylskie Nothing Else Matters i Unforgiven w radiu i telewizji? Mi tylko troszkę, młodość to stan umysłu, a jako fan metalu pozwalam sobie nieco oszukiwać proces mentalnego starzenia się, dzięki wyjazdom na koncerty i dziecięcej radości przy zakupach i odsłuchach płyt. Może i nie ma już czego na głowie do zapuszczania, może i broda z roku na rok jakaś dziwnie bardziej szara, ale nikt nie odbierze tego uczucia wszechmocy, gdy się obcuje z ciężką muzyką, rozkręconą do granic wytrzymałości słuchu. A tak się składa, że Czarny Album Metalliki niejednokrotnie trząsł ścianami mojego mieszkania (czy wcześniej domu rodziców).
Wielu nazywa ten album zdradą metalu i pójściem w nurty komercji. Mnie zastanawia jedna kwestia – czy zespół był w stanie to zaplanować, czy po prostu nagrał tak dobry i uniwersalny album, że w naturalny sposób przebił się na szczyty list przebojów. Dysput na ten temat jest wiele. Na ile w procesie twórczym było wyrachowanego działania już nigdy się nie dowiemy, ale jedno jest pewne – Metallica nagrała płytę, która otworzyła nie tylko jej drzwi do wielkiej sławy i mainstreamu, ale też pociągnęła za sobą kulturę metalu na szersze wody. Mawia się, że metal powinien zostać w podziemiu, ale czy tak całkiem? Dlaczego utalentowani muzycy nie mają zarabiać pieniędzy na poziomie kilkusezonowych gwiazdek popu? Ja z tym na pewno nie mam problemu i póki artysta żyje jak chce, tworzy w zgodzie ze swoim sumieniem, to wszystko jest w porządku. No ale do meritum…
O Black Albumie napisano i powiedziano wiele, zarówno krytycy, jak i fani spierali się o różne niuanse, ja mam także swoje zdanie, które na przestrzeni wielu lat postanowiłem zweryfikować, w czym pomogła niniejsza reedycja. Krążek wznowiony został przez Blackened Recordings Inc na licencji Universal Music.
Pierwsze, z czym należy się zmierzyć, to pytanie, czy album, który znam na wskroś i wręcz do bólu może czymś jeszcze mnie zaskoczyć. Czy warto szukać nowego brzmienia, gdy każdy dźwięk mam zapisany głęboko w podświadomości? Przed odsłuchem byłem ostrożny ze stawianiem osądów, wolałem na własne uszy złożyć całość odświeżonej płyty. Teraz jestem mądrzejszy o kilka odtworzeń remastera i powiem z pełną powagą, że nowa wersja jest bardzo mocna. Płyta nigdy nie brzmiała tak soczyście i mięsiście, a charakterystyczne centrale Tamy Larsa Ulricha (i proszę mi tu teraz nie śmieszkować) nie mlaskały tak głęboko. Ta produkcja po prostu jest potężna, a nowy, dzisiejszy mastering, wykonany przez Boba Ludwiga w Gateway Mastering, nadaje jej nowego życia. Wpuszczając krążek po raz pierwszy do odtwarzacza, zrobiłem swego rodzaju sprawdzian i przesłuchałem najpierw trzy dla mnie najpotężniejsze utwory: Sad But True, Unforgiven i Wherever I May Roam. Ta trójca jest w stanie zdemaskować ewentualne niepowodzenia brzmieniowe swym ciężarem, przestrzenią czy podniosłym charakterem. Sprawdzian płyta przeszła śpiewająco w towarzystwie trzęsącej się zastawy kuchennej, a mi nie schodził banan z kaprawego pyska przez całą długość trwania utworów rekordzisty sprzedażowego w czasach swojej premiery. Uważam, że jest to klasyczny „must have” dla maniaków ekipy Hatfielda i żaden nie powinien być zawiedziony zawartością krążka.
Co do samego sposobu wydania, to przyznaję, że jest mi trochę smutno, bo za wersję najtańszą zmuszeni jesteśmy zapłacić około sześćdziesiąt złotych, by otrzymać chudziutki digipack, któremu nie wróżę za długiego żywota. Sądzę, że można było nieco lepiej jakościowo to wykonać i przy takiej legendzie dać ludziom odrobinę więcej.
- Blood Court – „The Burial” (2025) - 22 stycznia 2026
- Scorpions – „From the First Sting” (2025) - 16 stycznia 2026
- Wisdom In Chains – „Die Young” (2005/2025) - 15 stycznia 2026
Tagi: 2021, black album, Blackened Recordings, metal, Metallica, recenzja, remastered, review, trzydziestolecie, Universal Music, wznowienie.






