Site icon KVLT

METALLICA – „ReLoad” (1997/2026)

26 czerwca bieżącego roku przyniósł nam ciekawy prezent w postaci wznowień jednego z bardziej kontrowersyjnych albumów Metalliki – ReLoad. Krążek pierwotnie wydany w 1997 roku, został poddany obróbce dźwiękowej, nowy mastering wykonał Rueben Cohen w studiu Lurssen Mastering (np. Gra o Tron, Mandalorian, Minionki), a całego procesu doglądał producent Greg Fidelman (np. Slayer, Slipknot, Black Sabbath). Jak widać, przy wznowieniu pracowało towarzystwo z najwyższej półki, więc byłem ciekaw, czy te wszystkie dolary w nie włożone są uzasadnione. Wydawcami wznowienia są Blackened Recordngs oraz Universal International Music.

ReLoad zostało wypuszczone w kilku formatach, dla każdego coś dobrego. Mamy podstawowe wydania CD i winylowe, mamy MC, rozszerzone CD, kolorowe winylowe, streamingowe w Spatial Audio Atmos oraz dla bogatych DeLuxe box set, w którym można znaleźć wiele świetnych kolekcjonerskich dodatków (np. single, trzy dyski koncertowe, piętnaście płyt z demówkami, cztery DVD).
Na potrzeby unboxingu i recenzji otrzymałem od Universal Music Polska wydanie winylowe, dwupłytowe, zwane podstawowym. Byłem bardzo ciekaw, jak odnowiona płyta zabrzmi, o wykonanie nośnika i obwoluty się nie obawiałem. Miałem do czynienia ze wznowieniami Mety wcześniej i byłem pewien, że oburzenia nie będzie.

Jak się okazało, przypuszczenia były uzasadnione, ReLoad został włożony do sztywnego gatefoldu, który odpowiednio użytkowany powinien posłużyć kilka ładnych lat. W środku znajdują się dwa, czarne placki oraz dwie kartki ze zdjęciami i tekstami. Kto ma stare wydania CD czy MC (bo jednak płyta miała premierę, gdy kasety licencyjne jeszcze dominowały na rynku), ten nie znajdzie w nowym wydaniu niczego, czego by wcześniej nie zobaczył. Nówka jest wizualnie kopią wydania pierwszego, dla jednych spoko, dla innych pewnie już mniej.

Największą niewiadomą w tym przypadku było odnowione brzmienie. Load i ReLoad są albumami produkcyjnie perfekcyjnymi. Pewnie do dziś znajdą się ludzie nie darzący sympatią kompozycji z nich pochodzących, ale do samego brzmienia nikt nie ma prawa się przyczepić. Oryginalne wersje mają po trzydzieści lat, a w moim uznaniu nie postarzały się ani trochę. Każdy szczegół, każdy element, nawet najmniejszy, jest tu „wymaxowany”, dopracowany, podciągnięty do ideału jak to tylko możliwe. Takie produkcje posiadają tylko albumy popowe i właśnie Metallica – głównie na tych dwóch, bliźniaczych krążkach. Przez to przekonanie byłem dosyć sceptycznie nastawiony do remastera, ale nie na tyle, by tego nie sprawdzić. Umówmy się też, że dzisiejsze wznowienia posiadające mastering są prowadzone w takim kierunku, by nie zmieniać drastycznie odbioru w porównaniu z oryginałem. Był taki okres, kiedy wytwórnie i zespoły ścigały się we wznowieniach tak podkręconych, że mieliśmy praktycznie do czynienia z innymi krążkami. Ludzie tego nie załapali, większość dissowała i precedens się zakończył. Dziś wznowienia skupiają się raczej na podbiciu soundu oryginału. Utrzymaniu oryginalnego charakteru, przy jednoczesnym wzmocnieniu brzmienia. Tak też jest z ReLoad A.D. 2026. Nie ma tu mowy o zaskakujących przebudowach, rewolucjach. Nowy mastering wzmocnił dźwięk, dynamikę i witalność całości. Dzięki tym procesom mam wrażenie, jakbym był nieco „bliżej” zespołu, instrumenty brzmią jakby ciut mocniej i obok mnie. Nie do końca wiem, jak to wytłumaczyć, jak dla mnie album brzmi trochę świeżej, soprany są czystsze, a bas głębszy, ale nie buczący. Nie da też się ukryć, że ten nazwijmy to, hard rockowy materiał najnormalniej dobrze wypada słuchany z czarnej płyty.

ReLoad zawsze mniej mi się podobał od Load. Tego już nic nie zmieni, żaden remaster czy bonus, czy kto wie, co jeszcze. Jednakże nie mam z nim żadnych problemów, dla mnie jest okej, a niektóre utwory całkiem zajebiste. Lubię też go bardziej niż wszystkie późniejsze razem wzięte. Jakoś tak wyszło, że po odejściu Newsteada Metallica nie nagrała już żadnej płyty, którą chciało mi się słuchać. Owszem, sprawdziłem, stwierdziłem „no dobra” i nigdy nie wracałem. Wznowienie ReLoad uważam za coś bardzo pozytywnego, ubranego w perfekcyjne brzmienie, z soundem winylu, którym mógłbym przekonać kumpla do zakupu gramofonu. Metallica drugiej połowy lat 90. zmieniła zasady gry. Stworzyła albumy, które podzieliły fanów, ale jednocześnie osiągnęły ogromne sukcesy komercyjne. Load jest albumem ambitnym, dosyć mrocznym, nowoczesnym, a ReLoad z kolei pokazał zespół jako bardziej „amerykański” i rockowy. Muzycy w tamtym czasie byli w świetnej formie, wokal Jamesa wskoczył na nowy level i do dziś nie raz się zastanawiam, jak on wyciągnął niektóre z partii tam nagranych. Dlatego powiem wprost, dla mnie ReLoad to rzecz obowiązkowa na półce i cieszę się, że mogę się pochwalić dziś tym tłustym wznowieniem. Czy uważam, że jest to totalny „must have”? Raczej nie, ale każdy ma inne podejście do zbierania swoich kolekcji. Metallikowcy powinni je mieć, nie po to, by się nim chwalić, ale po to, by móc słuchać go w nowym wymiarze.

 

Exit mobile version