Site icon KVLT

MIRACLE – „The Living Likeness Of My Electric Daemon” (2026)

Miracle to dla mnie nowość. Trochę wstyd, że tak potężny projekt przeszedł mi koło nosa i poznaję go dopiero przy premierze trzeciej płyty. Stało się, nadrobię starocie i będę obserwował dalsze ruchy. Dziś skupiam się na The Living Likeness Of My Electric Daemon czyli na najnowszym dziele duetu – płyta miała premierę 26 czerwca tego roku nakładem odważnej Relapse Records. Miracle to duet powołany do życia przez Steve’a Moore’a oraz Daniela O’Sullivana. Steve Moore nie jest bezpośrednio powiązany z naszym metalowym światem (choć w przeszłości tworzył coś na wzór heavy metalu pod nazwą Titan), ale jest twórcą ścieżek dźwiękowych do horrorów takich jak Mayhem czy The Guest. Druga połowa składu, czyli O’Sullivan może być bardziej rozpoznawalny, bo maczał swoje macki w Sunn O))) i Ulver. Spotkanie się pod wspólnym logo tych jakże oryginalnych jegomościów musiało zaowocować czymś wyjątkowym.

Taki moim zdaniem jest The Living Likeness Of My Electric Daemon, żyjący gdzieś pomiędzy światami electro popu i industrialu. Nafaszerowany elektroniką, a jednocześnie żywy, witalny, muzykalny. Skojarzenia z Ulver pojawią się tu często. Na szczęście materiał jest na tyle inny od ich muzyki i oryginalny, że nie mogę go nazwać kopią czy odcinaniem kuponów od przeszłości przez O’Sullivana. Obok dobrych nawiązań do Ulver słyszę też wpływy nowszego Nine Inch Nails lub nawet wspólnej działalności Reznora z Atticusem Rossem. Miracle swoje elektroniczne loty lubią również kierować w stronę lat 80. i ich twardych brzmień. Wyłapuję także delikatną miłość do mrocznej sztuki Depeche Mode, ich ciemnej przebojowości, balansu pomiędzy zimnem elektroniki i pięknem melodii. Myślę, że te nawiązania mogą już krystalizować wyobrażenie, czym jest opisywany album, ale ważne jest, by nie zapominać, że to tylko wpływy. Całość oceniam jako bardzo oryginalny twór, dopracowany, dobrze „wymyślony”, wielowarstwowy. Niecała godzina muzyki mija szybko, wręcz niepostrzeżenie. Od otwierającego Ambrosia po zamykający Cities of the Interior jesteśmy prowadzeni przez ciepły głos O’Sullivana i średnie tempa beatów. Rozmarzone, wokalne melodie dobrze korespondują z w sumie dynamiczną całością muzyki. Muzycy nie „odpływają” za często i utrzymują dosyć piosenkowy sposób budowania atmosfery w kompozycjach. Dzięki temu płyta jest stosunkowo łatwa w odbiorze i można jej niektóre momenty rozpatrywać jako bardzo nośne i zapadające w pamięć.

The Living Likeness Of My Electric Daemon to nie album dla każdego. Materiał wydany jest przez wytwórnię metalową, kierowany jest też w tym kierunku, ale nie uważam, że jest tylko dla metalowców. Wychowani na mrocznej sztuce powinniśmy taką muzykę rozumieć, ale ciekawi mnie, czy dociera ona do szerszego grona fanów grania spod znaku electro. Ulver bez wątpienia przetarł szlaki dla tego typu sztuki na scenie metalowej, Miracle powinno na tym skorzystać i pojawić się na półkach długowłosych fanów jazgotu. Jeżeli lubisz muzykę z duszą, nie zamykasz się na przesterowanych gitarach i blastach, oraz nie wstydzisz się tupania nogą do Violator od Depeche Mode, to sprawdź, jak Ci to gra.

Exit mobile version