Mortem powraca z Mørketid, albumem, który w pełni odsłania ich dojrzałą, monumentalną wizję black metalu. To dzieło zbudowane na ciężkich, ponurych riffach o średnim tempie, które niczym masywne, kamienne filary podtrzymują całą konstrukcję brzmienia, regularnie rozszarpywaną przez gwałtowne, precyzyjne eksplozje black metalu. W porównaniu z Ravnsart z 2019 roku zespół prezentuje tu wyraźnie poszerzoną skalę – zarówno kompozycyjną, jak i emocjonalną. Osiem utworów tworzy spójną, mroczną narrację, w której klawiszowe faktury Sverda nadają muzyce chłodny, nordycki majestat, perkusyjna potęga Hellhammera wyznacza nieustępliwy rytm, a dzikie, powracające warkoty Mariusa Volda spinają całość w brzmienie surowe, upiorne i epickie. Mørketid jawi się jako album, w którym Mortem z pełną świadomością kształtuje własny język w monumentalny, bezkompromisowy manifest ciemności.
I wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że Mortem stało się regularnym tworem, który funkcjonuje i nagrywa nowe płyty. Pewnie to i dobrze, ale brakuje mi kultu Mortem z czasów demo Slow Death, namiętnie kopiowanego z kasety na kasetę w 1989 roku. Pre – Arcturus (chociaż sami muzycy odżegnują się od tego porównania) był wtedy zespołem kultowym, a teraz przybrał formę i fizyczność drugoligowego zespołu spod znaku symfonicznego black metalu.
Czy to oznacza, że się starzeję? Pewnie tak, ale znaczy to też, że pamiętam, jak wyglądała magia, zanim została zastąpiona dostępnością.
Debiutancki album Mortem, Ravnsvart, sprawił, że magia dawnych czasów powróciła z pełną mocą – z tym samym duchem, brutalnością i pierwotną dzikością, które definiowały oryginalne oblicze zespołu. Jednocześnie album wprowadził nowe elementy, nie burząc fundamentów, lecz wzbogacając je o świeży, mroczny klimat, tworząc dzieło balansujące między surowością a atmosferycznym horrorem. Niedługo później ukazały się w pełni przerobione kompozycje z Slow Death, jakby Mortem chcieli domknąć własną legendę, odświeżając jej najbardziej archaiczne fragmenty i pokazując, że przeszłość wciąż potrafi ugryźć z zaskakującą siłą.
Siedem lat po debiucie Mortem postanawia iść za ciosem i powraca z kolejną płytą, z premierowym materiałem. Niestety, osiem zawartych tu kompozycji okazuje się zaskakująco przeciętnych, pozbawionych wyrazu i jakiegokolwiek elementu świeżości. Zamiast rozwijać własny język, zespół zdaje się powielać dawno zużyte schematy, przez co album nie wnosi nic nowego w norweską scenę blackmetalową. Całość sprawia momentami wrażenie zmęczonej, wtórnej i rozczarowująco bezpiecznej, pozostawiając słuchacza raczej z poczuciem niedosytu, niż z chęcią ponownego odsłuchu.
Choć Mortem prezentuje materiał przygotowany z rzetelnością i techniczną dbałością, trudno oprzeć się wrażeniu, że nowy album nie przekracza granic wyznaczonych przez własne inspiracje. To poprawnie zrealizowana, lecz przewidywalna propozycja, która nie potrafi zaskoczyć, ani wywołać silniejszych emocji. W efekcie otrzymujemy wydawnictwo solidne, ale wtórne. Takie, które potwierdza kompetencje zespołu, lecz jednocześnie pokazuje, że Mortem wciąż czeka na moment, w którym odważy się wyjść poza bezpieczne ramy i zaproponować coś naprawdę własnego.
- MORTEM – „Mørketid” (2026) - 21 sierpnia 2026
- SAIDAN – „Fangdriller: Scars Beneath Memory’s Wrist” (2026) - 21 sierpnia 2026
- BLEEDING ANTLERS – „Songs of Praise” (2026) - 19 sierpnia 2026

