Mound – „Bane” (2018)

Dawno stonerów nie grali. Przynajmniej w moim odtwarzaczu ostatnimi czasy rzadko pojawiają się odkrycia związane z tym gatunkiem. A przecież ciągle jest w czym wybierać, szczególnie na rodzimym poletku, gdzie kapel poruszających się wśród zadymionych i powolnych dźwięków jest na pęczki. Dla mnie poniekąd gatunek ten nieco się wysycił, może głównie przez to, że swego czasu każdą wolną chwilę poświęcałem na poszukiwania nowych niszowych kapel stoner/doom. Tym razem jednak zdecydowałem się na podróż w niedaleką przeszłość, bo do roku 2018, kiedy to trzech chłopaków z Gdańska, własnym sumptem, wydało półgodzinną epkę, która udowadnia, że wywołana do tablicy stylistyka wcale nie zjada własnego ogona. Oto Mound i ich Bane.

Czego by nie napisać o muzyce metalowej, która krąży wokół stonerów i doomów, Ameryki się nie odkryje. Chciałoby się rzec, że koń, jaki jest, każdy widzi. Podobnie rzecz ma się z zespołami, które próbują swoich sił w tych gatunkach. Duża część z nich zwraca się w stronę kapel takich jak Electric Wiazard czy Weedeater, lub sięga nieco dalej i czerpie z Candlemass i Saint Vitus, a zdecydowana większość koniec końców źródeł inspiracji szuka w legendarnych Black Sabbath i Pentagram. Patrząc na liczbę kapel, które w nazwie mają coś wspólnego z rzeczownikami bong, weed czy acid można odnieść wrażenie, że na rynku stoner/doom jest przesyt tego typu projektów. Poniekąd tak właśnie jest, ale raz na jakiś czas można trafić na coś, co zagości w odtwarzaczu więcej niż jeden raz. Podobne wrażenie odniosłem właśnie przy okazji Disease. I choć to tylko cztery kompozycje, to materiał bardzo intrygujący.

Epkę otwiera Devotion, a kawałek zaczyna się od transowego basu i klimatycznych dźwięków perkusyjnych, budując podwaliny pod wejście ociężałych, wolnych gitar i brutalnego wokalu. Gitara basowa odgrywa tu bardzo ważną rolę, często wychodząc przed szereg i nadając tempa, nie tylko w pierwszym utworze. Początkowo nie przekonywały mnie momenty, w których wokal z gardłowego przechodzi w czysty śpiew, aczkolwiek po paru podejściach zmieniłem swój stosunek do takiego rozwiązania. Połączenie dwóch rodzajów śpiewania jest ostatecznie dobrym zabiegiem. Około połowy tego kolosalnego numeru muzycy porzucają doomową stylistykę, przyspieszając swoją grę w sabbathowym stylu. Późnej znów retardacja akcji i ciężar gitary, basu i perki. Nawet znalazło się miejsce na klamrę kompozycyjną, gdyż wszystko kończy się znów połączonymi siłami bębnów i basówki.

Następnie wchodzi Disease i zwodzi słuchacza delikatnym, instrumentalnym wstępem, który przełamany zostaje mocnym uderzeniem i wejściem wokalu, choć nie na długo, bo po chwili znów siła słabnie, akcja zwalnia, daje chwile wytchnienia przed kolejnym ciosem. Utwór jest stosunkowo krótki, bo trwa niewiele ponad pięć minut i pewnie byłby o wiele ciekawszy, gdyby poszczególne jego elementy wydłużyć. Wtedy zmiany tempa i brzmienia pozwoliłyby dłużej cieszyć się z mądrze zaplanowanych części tej układanki.

Z kolei Halls of Extinction to zupełnie inny wymiar. Potężne uderzenia spadają niczym bomby z nieba, jest głośno, ciężko i agresywnie. Przynajmniej przez połowę numeru, bo nawet tu znalazło się miejsce dla pierwiastka atmosferycznego. Post-rockowa wstawka częściowo tylko wypełnia tę kompozycję, zresztą mogłaby być nieco ciekawsza, gdyż chaotyczne bicia perkusyjne nie wywołują pozytywnego wrażenia. Po chwili zaś – jakżeby inaczej – trio jeszcze raz dorzuca do pieca mocniejsze granie. Połamane konstrukcje to więc poniekąd standard na tym mini-albumie.

Na koniec pozostaje najdłuższy odcinek tej mrocznej podróży. Nadir nie zaskoczy już nikogo tym, że po fragmencie, w którym instrumenty wypruwają z siebie duszę, przychodzi czas na atmosferyczny przerywnik. Co może jednak zakłócić spokój to wokalizy, które pojawiają się po tym delikatniejszym motywie, a te ocierają się wręcz o black metal. Podoba mi się inkorporacja innego wydzierania się do mikrofonu, co orzeźwia ciut oklepane motywy, które przewijają się przez ten krążek.

Generalnie debiutancka epka Mound to materiał, nad którym warto się pochylić, szczególnie polecam fanom rodzimej Sunnaty czy amerykańskiego Bongripper. Zdecydowanie więcej tu odchyłów w stronę doom metalu, z powolnymi riffami, połączeniem mocnych riffów i potężnych blastów na czele. Kawałek Devotion pozostaje moim ulubionym – ma w sobie wszystko, czego należy oczekiwać od doświadczonych kapel. Tym bardziej cieszy fakt, że mamy do czynienia z debiutującym trio, a zespół już w tym momencie tworzy bardzo udane utwory. Nie ma tu zbędnych komplikacji, gitara jest czasami aż zbyt prosta, mało odkrywcza, ale w tej prostocie zdaje się leżeć przepis na sukces. Z nieco lepszą Panowie produkcją mogą w przyszłości zawojować polską scenę stoner/doom. Predyspozycje ku temu z pewnością maja, pytanie tylko, jak potoczy się ich muzyczna ścieżka.

Ocena: 7,5/10

vlad
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , , , , .