Nevalra – „Conjure the Storm” (2019)

  •  
  •  
  •  
  •  

Czas skleić kilka słów w temacie debiutanckiego krążka zespołu Nevalra, noszącego tytuł Conjure the Storm i wydanego w zeszłym roku przez wytwórnię M – Theory Audio. Nevalra to projekt muzyka znanego z Thy Antichrist i udzielającego się w koncertowym składzie Vital Remains Scotta Eamesa. Projekt wydał wcześniej Ekpę The Black Flame.

W temacie Conjure the Storm w pierwszej kolejności trzeba napisać o okładce stworzonej przez świetnego grafika i uwielbianego muzyka Setha Siro Antona (Septic Flesh). Jego styl tworzenia obrazów jest rozpoznawalny, aczkolwiek doczekał się już też wielu naśladowców. Większość jego prac oscyluje w rejonach groteskowych postaci, zdeformowanych, „ulepszonych” przez technologię i przy okazji albumu Nevalra nie jest inaczej. Nie wiem na ile cover współpracuje z konceptem płyty, ale jest na pewno udaną i przyciągającą oko okładką. Kolejnym przyciągającym jak magnes elementem będzie nazwisko osoby odpowiedzialnej za mixy i mastering płyty – Dan Swano (ex Edge of Sanity). W jego studiu zwanym Unisound powstało wiele kultowych krążków, przedstawiać go bliżej nie ma potrzeby.

Tyle w temacie otoczki. Przechodząc do meritum, czyli zawartości muzycznej krążka, stwierdzam, że jest to lekko niezdecydowany stylistycznie album. W czterdzieści pięć minut jego trwania autor wcisnął praktycznie wszystko to, co mu przyszło do głowy, nie starając się zbytnio nad utrzymaniem większej spójności, przez co w moim odczuciu album jest przeładowany. Nevalra miesza w sobie wpływy technicznego thrashu, black i death metalu, upiększając wszystko okazjonalnymi orkiestracjami. W ostatecznym rozrachunku mam wrażenie, że obcuję z albumem, na który trafiły absolutnie wszystkie pomysły jego autora, bez zastanawiania się, czy coś jest dobre, czy złe, i czy pasuje, czy odstaje. Szkoda, bo można odnaleźć tu wiele wartościowych pomysłów, odegranych na najwyższym poziomie, aczkolwiek w zalewie całości ginących w tłoku. Przeplatają się motywy mogące pasować do Dimmu Borgir, by po chwili uderzyć z gęstością Nile. Teoretycznie takie połączenie miałoby szansę się udać, jednak w przypadku tego konkretnego materiału uważam, że coś poszło nie tak. Jakby muzycy chcieli przypodobać się wszystkim i każdemu zaproponować jakiś moment, a niestety wiadomo, że jeśli coś jest do wszystkiego, to nie nadaje się do niczego. Tu akurat to powiedzenie jest lekko przesadzone, gdyż muzyka nadaje się do słuchania, ale zamiast porywać – męczy. Zamiast kopać dupsko, krąży wokół ucha jak upierdliwa mucha.

Do jaśniejszych momentów na pewno zaliczam te bardziej zbrutalizowane, wtedy wszystko leci w dobrym kierunku – jest tak zwany cios, i tego przykładem jest singlowy It Dies In Vein, w którym pomimo dużej ilości zróżnicowanych partii, wszystko się przegryza i pasuje. Jego przeciwieństwem jest utwór tytułowy, który wpada wręcz w folkowy klimat i ciśnie taniością.

Szkoda, że album nie trzyma w całości takiego poziomu jak It Dies In Vein. Co prawda jest to debiut, ale przy muzykach z doświadczeniem i umiejętnościami wymaga się już na starcie wiele. Mnie niestety Nevalra na dzień dzisiejszy nie urzekła, może w przyszłości skład się mocniej przegryzie i zaproponuje coś dla mnie bardziej atrakcyjnego. Jak nie to nie wątpię, że beze mnie sobie i tak poradzi, gdyż myślę, że znajdzie się pewna grupa ludzi odnajdująca się w mieszance proponowanej przez Amerykanów.

Ocena: 4/10

Nevalra na Facebook’u.

This entry was posted in Recenzje. Bookmark the permalink.