Site icon KVLT

Nonexister – „Demons” (2024)

Do dobrego industrialu nigdy nie trzeba mnie przesadnie zmuszać. Gdy pojawiła się w zasięgu debiutancka płyta projektu Nonexister zatytułowana Demons, wbiłem w nią jak znana z powiedzonka „kuna w agrest”. Płyta wydana została 14 marca sumptem zespołu, dzięki stworzonej na tę okazję wytwórni Alien Dust & Neonstar Publishing w streamingu, na CD i winylu.

Projekt został założony przez dwójkę muzyków, którzy są niewątpliwym jego trzonem. Mowa o Marco Nesserze (Swandive, Divison Kent, me.man.machine, Glitter Wasteland) i Niku Leutholdzie (Catchpole), odpowiadających za większość muzyki znajdującej się na płycie. Tę zmiksowano w New Sound Studio, a później poddano masteringowi w Lurssen Maastering. Dzięki temu, że do odsłuchu mam przyjemność korzystać z płyty winylowej (wydanej w gatefold i na dwóch pięknych, przeźroczystych krążkach – link do unboxingu), jestem w stanie w pełni docenić jej atrybuty brzmieniowe. Przyjęło się założenie, że muzyka elektroniczna z gramofonu brzmi gorzej niż klasyczny rock – jasne, często tak jest, jednak jeżeli chodzi to Nonexister, to nie jestem w stanie się z tym zgodzić. Album brzmi bardzo dobrze, utwory zbudowane na rockowym rdzeniu są żywe, a duża ilość elektroniki nałożona na ten rdzeń absolutnie nie odbiera im „życia”. W sumie nie powinno to dziwić, gdyż producentem albumu jest Tommy Vatterli, znany z gry w Kreator i Coroner, który jak widać zadbał o odpowiednią dynamikę i balans między technologią a żywym brzmieniem.

Co do muzyki zawartej na Demons, to zostałem „wzięty siłą” od pierwszych sekund. Basowy puls rozpoczynający Your Pain In My Veins po kilku chwilach wzmocniony jest świetnym, zachrypniętym wokalem Nika Leutholda i już wiadomo, że jest dobrze. Kompozycja rozkręca się powoli, w niepokojącym klimacie, gdzie transowo-rockowy groove wzbogacony jest o nienachalną elektronikę i niebanalne linie wokali. Określenia te w sumie pasują do całości albumu, bo jest to miks najlepszych tradycji klasycznego industrialu, w którym ważniejszy jest „lot” i klimat niż dzikość z rockowo-metalowymi brzmieniami. Wszystko to pozbawione jest kiczu, o który ostatnimi laty łatwo u kapel tego typu. Album Nonexister oferuje nową jakość, zbudowaną na sprawdzonych, mocnych patentach elektroniki lat 90. spod znaku Filter, Nine Inch Nails czy Stabbing Westward. Bardzo odpowiada mi na tej płycie zderzenie pięknych, melodyjnych refrenów z bardziej „zardzewiałymi”, brudnymi dźwiękami. Taki industrial lubię i często wracam do (na przykład) Fragile N.I.N.

Na wyróżnienie z bardzo dobrej całości zasługuje kilka kompozycji, ale głównie stawiam na A Promise In the Air z jego kosmiczno-rozmarzonym klimatem przywołującym skojarzenia ze świetnym Jane’s Addiction. Ponad sześć minut muzyki wtłoczone jest w rozbudowaną, niepokojącą „balladę”, która jest równie schizofreniczna, co przebojowa. Zupełnie odmiennym klimatem z kolei uderza druga wisienka pod tytułem Kater, i mam wrażenie, że jest to utwór z gatunku „love it or hate it”. Delikatna, tajemnicza elektronika ubrana jest tu w niemieckie wokale, które stylizowane na przemowę mogą przypominać słynny utwór zespołu Tool pod tytułem Die Eier von Satan. Osobiście wrzuciłbym go na końcówkę płyty, bo psuje mi groove całości, ale ostatecznie jest bardzo ciekawym przerywnikiem dającym pewność, że płyta nie pozostanie zapomniana.

Nonexister zaczął z grubej rury. Demons to profesjonalnie wyprodukowany debiut, ustawiający poprzeczkę bardzo wysoko na samym starcie kariery. Cieszyłbym się bardzo, gdyby zespołowi udało się przebić i tego mu szczerze życzę. Rodzaj muzyki, jaki uprawia nie ma obecnie przesadnego brania, ale może czas najwyższy przywrócić trend? Odpowiednia liczba zajebistych, industrialnych albumów mogłaby ożywić ten nieco zaniedbany rejon muzyczny.

Oena: 9.5/10

Nonexister na Facebook’u.

Exit mobile version