Origin of Escape – Shapes (2022)

Zdarzało mi się poznawać nowe kapele w różnych okolicznościach, lecz mój pierwszy kontakt z muzyką Origin of Escape nazwać trzeba dziełem podręcznikowo czystego przypadku. Otóż wracając jakiś czas temu wieczorową porą z toruńskiej starówki, usłyszałem napływające z pobliskiego amfiteatru całkiem intrygujące melodie. Jak się okazało, odbywał się w nim akurat festiwal muzyki progresywnej, w ramach którego występowali właśnie muzycy OoE.

Koncert zrobił na mnie na tyle dobre wrażenie, że postanowiłem uderzyć do kapeli w mediach społecznościowych – szybka korespondencja, skutkująca pakietem recenzenckim i w taki oto sposób, dobre kilkanaście ostatnich dni upływa mi pod znakiem odsłuchiwania debiutanckiego albumu grupy.

Muzykę Origin of Escape można dla ułatwienia określić mianem nowoczesnego prog metalu, w którym inspiracje (tą współczesną) Katatonią, mieszają się z wpływami Toola, Anathemy, Opeth, Soen, Rishloo czy Evergrey. Słychać też wyraźne elementy nurtu post rockowego, co wraz z ekspresyjnymi wokalami Krzysztofa Borka wzbogaca muzykę grupy wyczuwalną nutą emocjonalności i melancholii.

Pierwsze co rzuca się w uszy przy kontakcie z Shapes, to zaskakująca (jak na debiutancki materiał) dojrzałość muzyczna. Myślę tu zarówno o warstwie kompozycyjnej, spójności muzyczno-tekstowej, jak i świadomej i konsekwentnej dbałości o detale. Elementy te dziwią nieco mniej, gdy spojrzy się na bio zespołu – w portfolio muzyków przewija się sporo nazw, spośród których wymienić można Tim Orders, Three Wishes, Figuresmile, Xanadu, czy współpracę z Maciejem Mellerem. Wszystko to składa się na doświadczenie, które na Shapes wyraźnie słychać.

Podoba mi się w debiutanckim albumie Origin of Escape to, że mimo poruszania się na gruncie metalu progresywnego, zespół nawet na moment nie traci kontroli nad prowadzoną narracją. Kompozycje usadowione są na uporządkowanych strukturach, słychać skuteczne budowanie napięcia, kawałki są chwytliwe, podszyte groovem i przebojowością. Brak w nich jednocześnie przesady, zbędnych akrobacji i technicznej sztampy.

Począwszy od otwierającego album Milk Teeth, zespół z łatwością wyprowadza cios za ciosem. Kolejne Chase, Galaxies, Again, Fake, czy mój absolutny faworyt w postaci Shame, to wyjątkowo udane numery, których odsłuch sprawia masę przyjemności i frajdy. Monster, Crossroads i Shapes nie są już może tak okazałe, ale nie odstają na tle krążka na tyle, by znacznie obniżać pozytywne wrażenia, jakie Shapes sprawia jako całość.

Na koniec laurka dla niezawodnego Jakuba Sokólskiego, którego praca doskonale uzupełnia warstwę muzyczną albumu. Może to nie dycha, jak w przypadku ostatniej Entropii, ale charakterystyczny styl grafika rozpoznawalny jest jak zwykle na kilometr.

Rekomendacja i znak jakości na zakończenie tej recenzji są, jak się domyślacie, formalnością. Poza odsłuchem polecam zajrzeć na sociale kapeli (strona www / facebook).

Ocena: 8/10

Synu
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , .