Site icon KVLT

Pearl Jam – „Dark Matter” (2024)

Choć Eddie Vedder dzielnie i wytrwale dzierży miano ostatniego żyjącego wielkiego głosu grunge’u, to nie ma co się oszukiwać – wydawane przez Pearl Jam albumy przestały wzbudzać wielkie emocje już wiele lat temu. Nie pomaga zespołowi na pewno fakt, że z każdym kolejnym wydawnictwem poprzeczka do przeskoczenia zawieszona jest coraz niżej, czego apogeum stanowił wydany przed czterema laty słabiutki Gigaton (recenzja). Na szczęście na Dark Matter grupa z Seattle odwraca ten negatywny trend, choć do tych najlepszych krążków PJ wciąż dość trochę brakuje.

Amerykanie swoją dwunastą płytę zaczynają z wysokiego C – otwierający całość Scared of Fear to bardzo energiczny kawałek ze świetnym refrenem, bez dwóch zdań najlepsza pozycja na albumie. React, Respond udanie kontynuuje ten wybuch energii, tytułowy Dark Matter ponownie urzeka wciągającym refrenem oraz, wydawałoby się, dawno już utraconym przez zespół powerem, i nawet wrzucony pomiędzy nie Wreckage, próbujący łączyć ten rockowy zadzior z bardziej balladowym podejściem, działa jak należy i jest nadspodziewanie przyjemnym kawałkiem. Dorzućcie do tego jeszcze pełen punkowego wręcz wigoru Running i macie przepis na pozostawienie Gigaton w tyle. Ba, momentami przypominają się nawet początki działalności zespołu, a to już nie byle jaki komplement.

Pozostała część Dark Matter utrzymana jest raczej w klimatach wspomnianego Wreckagepróbuje stanowić pomost pomiędzy bardziej agresywnymi strzałami a tą zdecydowanie bardziej stonowaną częścią działalności formacji. Rezultaty, jak można się spodziewać, są bardzo różne: obok tych udanych, takich jak nieco „soundgardenowy” Waiting for Stevie czy Got to Give, znajdziemy numery dość przeciętne i zawierające w porywach jedynie tak zwane “momenty” (Won’t Tell, Upper Hand), kiepską i przynudzającą balladę wieńczącą album (Setting Sun), która rozkręca się, kiedy jest już na to za późno, oraz przesłodzony i po prostu dramatycznie słaby Something Special. Poniżej pewnego poziomu nie schodzi oczywiście frontman Pearl Jam, więc jeśli lubicie wokal Veddera, to będziecie z jego ścieżek bardzo zadowoleni.

Pomimo nieszczególnie wysokiej oceny widniejącej poniżej, dwunasta płyta PJ okazała się dla mnie pozytywnym zaskoczeniem. Odniosłem wrażenie, jakby zespół pod okiem Andrew Watta przyłożył się o wiele bardziej niż przy Gigaton i naprawił sporo błędów poprzedniczki. Nie jest to oczywiście sukces na miarę tych najbardziej udanych pozycji w dyskografii Amerykanów, Dark Matter nie przynosi im jednak wstydu i dorzuca do “pearljamowej” playlisty kilka mocnych kompozycji. No i najważniejsze, tym razem panowie nie brzmią jak zmęczona grupa sześćdziesięciolatków (biorąc pod uwagę jak Watt w ubiegłym roku ożywił Rolling Stonesów, to chyba jemu należy za to podziękować).

Fani Pearl Jam do końcowej noty mogą śmiało doliczyć pół, albo nawet i całe oczko.

Ocena: 6.5/10

Pearl Jam na Facebooku

 

Exit mobile version