Site icon KVLT

Pestilence – „Exitivm” (2021)

Doczekaliśmy się kolejnego krążka Pestilence! Każda premiera tego zespołu od lat budzi we mnie wielkie emocje i nie będę ukrywał, że zespół rządzony przez Patricka Mameli nie nagrał w moim odczuciu słabego albumu, w każdym znalazłem coś dla siebie, a że na ostatnich, nagranych już po reaktywacji, twórca próbuje łączyć wszystkie zebrane wpływy starych krążków, to zawsze czymś mi się przypodoba. Exitivm miał premierę 25 czerwca br. i co może być powodem do dumy – został  wypuszczony nakładem polskiej wytwórni Agonia Records.

Nowy album jest dziewiątym dziełem Mameli. Jego muzyczne podróże – jak każdy zainteresowany wie – były małe i duże. Poszukiwał siebie na nowo w różnych projektach, gdy stwierdził, iż nikogo Pestilence nie interesuje, by w końcu wrócić pod stare logo. Przystąpiłem do sprawdzania nowej produkcji z radością. Single promujące krążek oficjalnie mnie wgniotły w ziemię, przez co wymagania poszły w górę. Morbvs Propagationem i Deificvs prezentują wysokooktanowy techniczny death metal, przesiąknięty stylem Spheres i Testimony of the Ancients. Najprościej – Exitivm w całości i rozbita na elementy rzuca mnie na kolana. Charakterystyczne riffy i harmonie gitarowe Patricka ociekają dobrą tradycją zespołu z początku lat 90., a aranże i produkcja świetnie je wtapiają w czasy obecne. Dodatkowo, ku mojej radości, Mameli pokusił się o wykorzystanie syntezatorów gitarowych. Wplecenie ich w strukturę kompozycji zapewniło płycie drugie dno i odpowiednią, stylizowaną na klimat sci-fi otoczkę.

Słuchając płyty, nie mogę pozbyć się wrażenia, że Mameli nie chciał dopuścić do jakichkolwiek odchyleń od stylu Pestilence. Album jest bardzo równy, ustawiony na wysokim poziomie wykonawczym i pozbawiony większych eksperymentów. Pestilence nastawiło się na szybkie, motoryczne kompozycje z wyraźnymi refrenami i klarownymi riffami. Małymi odskoczniami od tego są jedynie miniatury w postaci intra, outra i utworu startującego z numerem dziewięć, który oparty jest na miażdżącym ciężarze, który uczynił go nieco wolniejszym od reszty płyty (i jednocześnie moim ulubionym).

Szczerze mówiąc, mogę polecić każdą z kompozycji przed odsłuchem całej płyty, ponieważ dla mnie każda jest równie reprezentatywna względem pełnego krążka. Na wyróżnienie zasługują nie tyle kompozycje, co elementy składowe, czyli na przykład świetne partie gitar solowych czy potężne bębnienie Michiela van der Plichta (ex. God Dethroned, Prostitute Disfigurement, Carach Angren – live).  Tu trzeba usiąść spokojnie, słuchać z uwagą, wyłapać wszystkie smaczki. W tym tkwi cały diabeł brzmienia Pestilence.

Ocena: 10/10

Pestilence na Facebook’u.

Exit mobile version