Nieczęsto zdarza mi się przerwać odsłuch płyty w połowie z powodu zbyt silnych wrażeń artystycznych. Dźwięki, które złożyły się na drugi album niemieckiego Phantom Winter dotknęły mnie na tyle, by wymusić wciśnięcie pauzy. Druga płyta studyjna kwintetu z Würzburga, zatytułowana Sundown Pleasures to niebezpieczna mieszanka black metalu, industrialu i wszystkiego, co w muzyce gitarowej określa się mianem post. Album ukazał się niedawno nakładem wytwórni Golden Antenna Records.
Zespół, który powstał na gruzach post-metalowego Omega Massiff, debiutował w 2015 roku krążkiem o wdzięcznej nazwie CVLT. Stylistyka, w której poruszają się Niemcy, jest bardzo specyficzna i z dużą dozą prawdopodobieństwa nie trafi w gust muzyczny wszystkich fanów czarnego grania. Powolne, równe riffy gitarowe, zakrawające nieco o stoner/doomowe eksperymenty, łączą się z depresyjnymi growlami i przeszywającymi krzykami. Za mikrofonami bowiem stoi dwóch członków kapeli, odpowiedzialnych za jakże odmienne style wydobywania dźwięków z otchłani ludzkiego organizmu. Niby nic odkrywczego, ale takie połączenie w wykonaniu Andreasa Schmittfulla i Christiana Kranka daje niesamowite wrażenie. Niepozornie wyglądający na zdjęciach muzycy potrafią wykrzesać z siebie i swojego instrumentarium najczarniejsze z czarnych demonów.
Rewelacyjny numer tytułowy, a zarazem otwierający krążek Sundown Pleasures, zabiera nas w podróż po odmętach mroku, podczas której przewodnikiem nam będzie apokaliptyczny styl podawczy. Hipnotyzujące dźwięki wwiercają się do mózgu, a delikatne zmiany tempa zaciskają się niczym pętla na szyi. Czterdzieści minut materiału, podzielonych na sześć indywidualnych kompozycji, to potężny cios, po którym niełatwo się pozbierać.
Utwór The Darkest Clan wprowadza słuchacza w melancholijny stan dzięki powolnej perkusji Christofa Ratha. Spokojne, długie intro, w którym moc sekcji rytmicznej podkreśla bas Martina Achtera. Dalej wchodzi depresyjne zawodzenie gitary i wymiana growli i krzyków pomiędzy dwoma gardłowymi. Końcówka to potężne uderzenie, wystrzał ze wszystkich armat. W Bombing the Witches kapela nie bierze jeńców. Potężne, równe bicie, dobre przejścia i wyciszenia, a potem kolejne petardy. Rewelacyjny numer. Podobnie jak Wraith War, który podejmuje się kontynuacji swojego poprzednika, choć w nieco odmiennym kształcie. Gitara Björna Granzowa bowiem zakrawa tu bardziej o symfoniczne gatunki metalu, jej wydłużone jęki tworzą niesamowicie mroźny klimat. Black Hole Scum można śmiało nazwać ambientowym, instrumentalnym przerywnikiem od salwy, którą serwują nam pozostałe numery. Tytułowe ścierwo wykrzykuje tylko jakieś bezkształtne formy, które idealnie korespondują z depresyjnymi dźwiękami. Pozostając w wolniejszym rytmie, muzycy składają na nasze ręce ofiarę wieńczącą całość w postaci Black Space. Jedenastominutowa kreatura jest idealnym ukoronowaniem albumu Sundown Pleasures.
Phantom Winter pozamiatało. Poruszając się w dość trudnych rejonach muzyki, inżynierowie metalu z Niemiec stworzyli dzieło kompletne, którego słucha się z zapartym tchem i szeroko otwartymi oczami. Tych sześć kompozycji to prawdziwy koszmar – w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Absolutny must have dla zwolenników krzyżówek międzygatunkowych.
Ocena: 10/10
- SiriusC – „Soil” (2025) - 8 listopada 2025
- Uulliata Digir – „Uulliata Digir” (2025) - 7 stycznia 2025
- Mirzam Antidotum Ov Marazm – „…There Is No Emptiness…” (2024) - 31 grudnia 2024
Tagi: black metal, death metal, doom metal, Germany, golden antenna records, growl, industrial, phantom winter, post-metal, recenzja, review, Sludge, sludge metal, sundown pleasures.






