Site icon KVLT

Prime Evil – „Blood Curse Resurrection” (2015)

Kapelę Prime Evil porównać można do doświadczonego pięściarza, który wyprowadza na ringu super szybkie, zabójcze ciosy, by potem zabawić się z przeciwnikiem, pozwolić sobie na chwilę oddechu, żeby ponownie zaatakować. Łatwo jest ruszyć do przodu i stracić oddech. Panowie serwują serię szybkich prawych prostych, aby na moment schować się za gardą wolniejszego riffu. Dziesięć deathmetalowych rund, które kończą się ostatecznie knockoutem – taka właśnie jest płyta Blood Curse Resurrection.

Soczysty, energetyczny death metal, który korzysta z klasycznych środków, bez szukania oryginalności na siłę, ale też ze świeżym podejściem, wynikającym z rzetelnych umiejętności instrumentalistów i radości, jaką muzyka może sprawiać – choć rodzaj muzy i towarzyszące jej teksty raczej do radosnych nie należą. Płyta trwa niewiele ponad 30 minut, ale tyle w zupełności wystarczy, by zadowolić fanów starej szkoły amerykańskiego śmierć metalu.

Dodajmy, że mówienie o nich, jako o debiutantach jest nietaktem. Już w drugiej połowie lat 80. wypuścili w świat trzy dema, które bez trudu można znaleźć na YouTube (wtedy hołdowali szybkiemu i surowemu thrashowi spod znaku Slayera), dokładając do tego kompilację swoich nagrań i – już po reaktywacji – EP. Cieszy to, że po tylu latach, Prime Evil pokazuje się w pełni formy. Być może czynnikiem ożywczym były roszady w składzie, jakie nastąpiły w latach dwutysięcznych (dwójka muzyków pamięta co prawda początki zespołu i czas narodzin deathmetalowej nawałnicy, ale sekcja rytmiczna jest wybitnie młodzieżowa).

Trudno jednak doszukać się na płycie echa thrashowych korzeni – może wyczuwa się je podskórnie, w takich utworach jak Blacken the Sun. Kawałki to średnio trzyminutowe killery, w których dzieje się na tyle dużo, by mówić o zróżnicowaniu, ale jednocześnie całość jest bardzo zwarta, kapela ma charakterystyczny styl. Nie ma tu miejsca na jakieś eksperymenty i dziwne wtrącenia, spoza ustalonych w latach 90. kanonów. Nowojorczycy po prostu wiedzieli co chcą osiągnąć.

Na albumie znalazło się miejsce na szybkie, dziarskie uderzenia (Blood Curse), którym towarzyszą zmiany tempa (Cannibal God, Homicidal Assault), umiejętne wykorzystywanie pauzy, za świadomością tego, że aby uderzyć z rzeczywistą mocą, trzeba też na moment odetchnąć (Soul Shattered). Do tego dochodzi moc tradycyjnego tremolo i gitarowe sola (jak to w Horns of Rapture), które są jak ożywczy nurt drążący skałę.

Warto sprawdzić ich nagrania (także te z zamierzchłej przeszłości), bo bije z nich szczerość i energia. Prime Evil to kapela, która zna swoje atuty i słabe strony, dlatego z wyczuciem skupia się na tych pierwszych i ogranicza bądź eliminuje drugie. Płyta Blood Curse Resurrection niezbicie udowadnia, że wciąż można grać klasyczny death w aktualny i intrygujący dla słuchacza sposób. Połączenie doświadczenia i młodości w składzie, dało efekt piorunujący.

Ocena: 8,5/10

Prime Evil na Facebooku: https://www.facebook.com/real.prime.evil

Exit mobile version