Ramage Inc. „Earth Shaker” (2015)

Uzbierał mi się ostatnio pokaźny stoisk płyt do recenzji i nie do końca wiedziałem za co się zabrać na początku jak już znalazłem czas by podłubać przy tekstach. Przeważyła ciekawość obadania ładniutko wydanej płyty Ramage Inc., który to zespół jest mi zupełnie obcy. Debiutantami nie są, pochodzą z Edynburga, a na basie zasuwa pan o swojskim nazwisku Buczek. A co grają? Według facebookowego profilu progressive zmieszany z ambientem, więc powinno być ciekawie. Jak wiecie ostatnio miałem farta do dobrych cedeków, rzecz w tym, że nic nie trwa wiecznie więc może w końcu trafiłem na przeintelektualizowanego kloca? Jak to mówi nasz nadworny ujeżdżacz wielbłądów Radek Kotarki „Nic bardziej mylnego”. Ramage Inc. mogą być spełnieniem mokrych snów każdego maniaka Dream Theater, czy nawet rozbudowanych form proponowanych przez Ayreon czy… Iron Maiden. Już w pierwszym kawałku słychać jakieś orientalne wtręty i zawodzenia. Pierwszym, trwającym ponad 8 minut kawałku dodam. Na szczęście moje ucho zaczyna być pieszczone w drugiej części mocniejszymi dźwiękami, takimi pod Opeth nim jeszcze wbili się w swetry po dziadkach. Jest więc i progresja i agresja i przede wszystkim taka konstrukcja kawałka, że się nie znudziłem. „Gentelman: You Had My Curiosity, But Now You Have My Attention” rzekłby pan Candie do zespołu. Jedynym elementem drażniącym jaki odnotowuję jest póki co nieco zbyt rozegzaltowany wokal, ale przymykam na niego oko kiedy zostaje zastąpiony przez stylowy wrzask. Przynajmniej czuję, że jakaś ciekawa historia jest tu opowiadana.

I pewnie nie dowiedziałbym się o tym tworze gdybym w redakcji Kvlt nie siedział i nie mógł bym Wam napisać, że to dobry album jest. Progmetal od lat uważam za gatunek pełen sprzeczności. Kojarzy się on albo ze specyficznym bajerowaniem słuchacza i graniem mu na emocjach, albo wręcz przeciwnie z graniem dla samego grania, ot muzyka dla muzyków. Ramage Inc. stoi gdzieś po środku. Na rozkroku pomiędzy techniczną biegłością, a czystym rock n rollowym feelingiem. Potrafią sobie płynąć na zapętlonym, nośnym motywie i obudować go albo zgrabną solówką, taką, która nie powodowałaby u mnie ziewania (Enter The Whirlwind). Inna sprawa, że na dłuższą metę takie kombinowanie może być dla przeciętnego zjadacza chleba męczące tak więc od razu zaznaczam, że to płyta dla zwyroli potrafiących na jednym tchu wymienić chociażby całą dyskografię Theaterów. Ale nie jest tak miękko jak u twórców „Pull Me Under„, przynajmniej na moje ucho. Chłosta i brud w riffach przywodzą mi na myśl momentami jakieś djentowe eksperymenty, w takim Learn More ciężar przywodzi mi na myśl Meshuggah, choć to bardzo luźne i niezobowiązujące skojarzenie. W Break Out  natomiast staroopethowe zrywy są fajnie kontrastowane z damskimi wokalami (takimi pod rudowłosą Anneke co to swego czasu The Gathering umacniała).

Na pewno jest w tym nieco przerostu formy nad treścią, na pewno album mógłby być bardziej zwarty i krótszy. Czasem miałem bowiem wrażenie jakbym słuchał podmetalizowaneogo Muse (czysto muzycznie, nie wokalnie, także chillout), takiego nieco bardziej rozlazłego. Nie do końca wiem jak ocenić ten materiał, bo jest cholernie dopracowany, ale i kilka rzeczy mi w nim zgrzyta. Obiektywnie rzecz ujmując sam dałbym siedem…a może nawet nieco więcej. Fajne, momentami bardzo pomysłowe i zaskakujące granie. Jeśli na prog metalu zjedliście zęby to bierzcie w ciemno!

Ocena: 8/10

Czwarkiel
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , , .