Ritual Killer „Exterminance” (2015)

Punk rock i black metal w jednym stali domu. Punk na strychu, a black w piwnicy. Mimo, że kochali się miłością niehomoseksualną spłodzili razem potomka, którego ciężko jednoznacznie gatunkowo określić. Dziecię to brzydkie i wyjątkowo odpychające, ale w swoim okropieństwie nad wyraz intrygujące. I nawet czasem kolesiujące się z kuzynem hardcore’m. Wydawać się mogło ongiś, że pewne granice niedobrego muzycznego smaku wyznaczały takie kapele jak Mayhem czy Marduk, tymczasem po latach straszenia zaczęły dość mocno eksperymentować i ktoś innym musiał przejąć pałeczkę muzycznego atawizmu. Zapewne zetknęliście się z takimi muzycznymi tornadami jak Anaal Nathrakh, Nails czy najłagodniejsze obok nich Converge. O ile ten pierwszy zbudował wokół siebie jakąś taką nihilistyczno-mistyczną otoczkę, to pozostałe dwa cechuje wyjątkowa gwałtowność na granicy muzycznej kakofonii. Ritual Killer jest niczym zderzenie czołowe tych grup. Skurwiałe brzmienie rodem z najgłębszych katakumb, opętane wrzaski i pomruki sąsiadują z bardziej czytelnymi fragmentami podkreślającymi nawiedzony charakter muzyki. To jest moi drodzy czyste zło zamknięte w 8 kawałkach. Rani uszy, patroszy wnętrzności i pluje na nasze groby. A jednocześnie słuchając tego wymiotu będziecie się przyłapywać na rytmicznym tupaniu nóżką. A może to przedśmiertne konwulsje…?

Tak czy srak obcowanie z Rytualnym Mordercą jest jak oglądanie „Srpskiego Filmu„, przynajmniej w moim przypadku. Niby się człowiek brzydzi i patrzy przez palce, ale tak naprawdę wchłania każdą minutę i bezwstydnie myśli o tym by skonfrontować się z tym jeszcze raz (co nie znaczy, że to zrobi). W przypadku „Exterminance” nawet nie można mówić o szczątkowej melodyce. Tu raczej występuje coś na kształt prymitywnego łupnięcia w duchu Darkthrone, Hellhammer czy nawet wczesnego Entombed. Syf, kiła, mogiła. A jednak macham banią choć wiem, że obcuję z preludium do zstąpienia czystego zła na nasz łez padół. Tu wszystko się trzęsie, sypie i generalnie gruz się wali po ryju słuchacza. Nie chciałbym poznać tych ludzi osobiście, nie chcę wiedzieć co siedzi w ich głowach (wokalista ma srogą dziarę na czole, polecam zerknąć), ale niezłe z nich popierdolusy. Na pewno sporym plusem tego wydawnictwa jest czas jego trwania, podejrzewam, że gdyby jeszcze władowali ze 3-4 kawałki to mój mózg by się stopił od nadmiaru siarki przezeń przepływającej. A tak to jest tylko poważne uszkodzony i jeszcze się da coś z nim zrobić. Do „Exterminance” wracać nie zamierzam prędko, o ile w ogóle jeszcze to zrobię, ale nie mogę nie docenić faktu, że w kategorii tegorocznej ekstremy jest w absolutnej czołówce. Jak macie ochotę się zgwałcić dźwiękami i poczuć jak nadzieja i szczęście zostaje z Was wyssana po dementorowsku to skombinujcie sobie ten krążek. Polecam szczególnie posłuchać sobie tego krążka w jakimś miejscu publicznym, na słuchawkach i patrzeć jak ludzie wokół nie są świadomi, że soniczne zło gości w waszych czachach. A jak album się skończy to poczujecie mega ulgę. No chyba, że masochizm Was przez życie prowadzi, wtedy odpalicie ten szajs jeszcze raz i jeszcze raz i jeszcze raz poddając się Rytualnemu Mordercy.

Ocena: 8/10

Piotr
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , , , , .