Czasami łatwo paść ofiarą swoich przekonań i przedwczesnych założeń. Nie znajdując dla siebie zbyt wiele na poprzednim krążku Redemptora (Arthaneum 2017), o mały włos zignorowałbym ten nowy. Singiel jakoś też słuchany z umiarkowaną uwagą mnie nie przekonał i niewiele brakowało bym odpuścił. Całe szczęście się tak nie stało, bo Agonia ma coś w sobie, co nie ujawnia się w pierwszym kontakcie. Premiera płyty zaplanowana została na 3 grudnia, a wydawcą będzie Selfmadegod Records.
Sam zespół reklamuje Agonię jako mocno zainfekowaną wpływami kapel jak Morbid Angel, Immolation czy Death, i faktycznie można wyłapać pewne momenty nawiązujące do tych legend. Jednakże nie da się w żaden sposób nazwać nowego dzieła Redemptora materiałem spod znaku florydzkiego death metalu, ponieważ wpływów na nim znaleźć można znacznie więcej, a o dominację walczą death z post metalem. Tak, nie przywidziało Wam się. Nie nastawiajcie się tak jak to zrobił niżej podpisany na rzeźnię, bo się zawiedziecie. Agonia to agresja ubrana w atmosferę i przestrzeń. Brutalność nie jest na tym krążku wykładnikiem, a raczej adwersarzem próbującym przebić się przez mury obronne fortecy progresji.
Droga, jaką muzycy zespołu przeszli od debiutu jest ogromna, pamiętając dziki The Jugglernaut. Większość muzyków zaangażowanych w band ma za sobą epizody w załogach parających się muzyką bezkompromisową (Banisher, Decapitated, Ulcer, Sothoth, Deivos, Hate), jaka też była grana w Redemptor. Czas płynie, a muzyk pozostaje głodny i szuka nowych rejonów, nowych sposobów odnalezienia samego siebie i przede wszystkim w zgodzie ze samym sobą. Dodajmy do tego bagaż umiejętności technicznych i otrzymujemy prawie czterdzieści cztery minuty progresywnej brutalizacji, której nie mogę jednoznacznie sklasyfikować. Słyszę tu bezpośrednie nawiązania do post metalu, słyszę przejrzyste riffowanie ubarwione chaotycznym skrzywieniem i szukaniem po gryfie nieoczywistości, słyszę także bardzo klasycznie brzmiące sola gitarowe, które są dla mnie najjaśniejszym punktem całości i chciałbym złożyć gitarzyście za nie odpowiedzialnemu wielkie gratulacje. Ten wręcz hardrockowy feeling rozświetla duszny klimat mroku całości, dobrze z nią koresponduje, wzbogaca i tak rozbudowaną już całość.
Wrócę jeszcze do jeszcze jednego faktu. Okazało się, że dla mnie krążek zaczyna się w odpowiedni, powiedzmy, sposób wraz z czwartą kompozycją Further From Ordeal. Pierwsze trzy są jak najbardziej w porządku, ale z czwórką zaczyna się jazda. Klimatyczny song, wzbogacony o mroczne deklamacje i epickie solo zamykające kompozycję walnął moim łbem o stół, krzycząc: słuchaj tej płyty uważniej i częściej! Następujący po niej Excursus Ignis również nie bierze jeńców i do samego końca zespół trzyma poziom, by ostatecznie wcisnąć w fotel zamykającym, patetycznym Les Ruines De Pompei. Partie gitar klasycznych przechodzące w zawodzenie chórów nadaje utworowi opętanego klimatu i jak dla mnie jest to numer jeden na Agonia. Jest to zdecydowanie utwór, obok którego nie przeszedłbym obojętnie, tak jak zdarzyło mi się przy singlowym Potion of the Skies, aczkolwiek rozumiem, że muzycy nie chcieli sprzedać przy pierwszym rzucie podsumowania płyty (zespół udostępnił Les Ruines De Pompei w dniu dzisiejszym, a ten tekst powstał wcześniej).
Jedynym, małym mankamentem, z którym miałem problem to partie wokali. Przesłuchanie płyty kilkukrotnie pozwoliło mi je przegryźć, lecz nie są to do końca rzeczy, jakie mógłbym wielbić. Lubię mroczne deklamacje, wszelakie jęki, partie growlowane, ale już z siłowym zawodzeniem było ciężko i może nie są to rzeczy przeszkadzające, ale też na pewno nie są to elementy dodające utworom skrzydeł.
Generalnie pozostawiam czytelnikom ocenienie jak siadła Agonia. Dla mnie jest to album ciekawy, odkrywczy i odważny. Będę do niego wracał.
Ocena: 7/10
- Blood Court – „The Burial” (2025) - 22 stycznia 2026
- Scorpions – „From the First Sting” (2025) - 16 stycznia 2026
- Wisdom In Chains – „Die Young” (2005/2025) - 15 stycznia 2026
Tagi: 2021, agonia, death metal, post-metal, Progressive Death Metal, recenzja, redemptor, review, Selfmadegod Records.






