Od samego początku darzyłem szacunkiem i sympatią włoski Sadist. To właśnie między innymi oni nauczyli mnie słuchać muzyki i ją doceniać. Od czasu wydania debiutu Above The Light inaczej już patrzę na death metal – już 32 lata. Na tamte czasy twórczość Włochów była nie byle eksperymentem i znacznie różniła się od typowego, krwistego, śmierdzącego trupem death metalu. Oprócz dzikich wrzasków, histerycznego growlu i zakręconej muzyki czuć było niemalże kosmos, a dźwięki Sadist dryfowały gdzieś pośród planetoid i wykraczały poza przyjęty już, jak myślałem wówczas, schemat.
I nic się nie zmieniło. Sadist to dla mnie cały czas zagadka, ale porywa mnie przy okazji każdej kolejnej płyty. Na Something To Pierce także cały czas coś się dzieje. Nie ma tu nawet minuty, która nudzi. Liczne zmiany tempa, niespodziewane wariacje muzyczne i to brzmienie basu uciekające gdzieś w bok i żyjącego własnym życiem. Bliskowschodnie inklinacje świetnie współbrzmiące z death metalowym sznytem, przeplatane kosmicznymi wstawkami, wyjęte niczym z fantazji Terry’ego Pratchetta, jak choćby w Nove Strade czy w niesamowitym kawałku o jakże wymownym tytule, The Best Part Is The Brain. Czysta magia.
Mimo upływu lat mózg zespołu, Tommy Talamanca, potrafi zaskoczyć nawet i teraz, a jego muzyka wcale się nie starzeje, tylko wchodzi na zupełnie nowe poziomy ludzkiej percepcji. Nadworny wokal Trevora Nadira od czasów genialnego, choć niedocenianego Crust, wciąż ryczy równie mocno, jak prawie 30 lat temu. Reszta to tylko uzupełnienie składu, bo tych dwóch panów nadaje ton i kształt Something To Pierce. Nawet zamykający płytę instrumentalny Resprium to zjawisko samo w sobie. Progresywny death metal to zdecydowanie zbyt ubogie określenie tego, co serwuje nam Sadist. To poplątanie z pomieszaniem, ale w konsekwentny i zamierzony sposób. To uporządkowany chaos od samego początku, aż do ostatniej minuty.
Jestem pewien, że znajdą się sceptycy, którym ta muzyka może nie przypaść do gustu, ale nawet oni muszą stwierdzić, że Sadist, to od lat zjawisko, obok którego nie można przejść obojętnie. Owszem, mieli swoje wzloty, jak w przypadku Sadist i Seasons In Silence, ale też upadki, jak dość miałki w perspektywie całej twórczości Lego. Trzeba im jednak przyznać, że cały czas trzymają fason i nawet w tym dziesiątym w dyskografii albumie słychać zdecydowanie i konsekwencję w obranym kierunku.
Jestem dumny, że to właśnie polska Agonia Records od kilku lat jest ich wydawcą i wbrew przeciwnościom losu znakomicie ich promuje. Nowy album to znakomity moment, żeby zrobić muzyczną retrospekcją Sadist. I tak też uczynię, do czego i Was namawiam.
Ocena 10/10
Sadist na Facebook
- Mayhem – „Liturgy of Death” (2026) - 18 stycznia 2026
- Cobalt Wave – „Men.Mind.Machine” (2025) - 25 września 2025
- Ino-Rock Festival 2025 – Inowrocław (23.08.2025) - 25 września 2025






